Obce buty sportowe stały w przedpokoju noskami do ściany – duże, w rozmiarze czterdzieści pięć, z przylepionym do krawędzi podeszwy błotem, które już zasychało, osypując się okruchami na czysto umytą rano podłogę. Ksenia zamarła nad nimi z kluczami w dłoni. Swoje znała na pamięć – każdą parę w tym domu znała. A tych widziała po raz pierwszy. Z głębi mieszkania dobiegał dźwięk telewizora – głośny, z rechotem jakiegoś talk-show przeplatanym reklamami. U niej w domu telewizor nigdy tak nie działał – w ogóle rzadko go włączała, lubiła ciszę po biurowym zgiełku.
Ksenia przeszła do salonu i zatrzymała się w drzwiach. Na jej kanapie, z nogami w skarpetkach założonymi na stolik kawowy, półleżał chłopak około dwudziestu pięciu lat. Obok, prosto na dywanie, stała otwarta puszka napoju gazowanego, a paczka chipsów rozsypała się po poduszce. Chłopak spojrzał na wchodzącą bez żadnego skrępowania, skinął głową, jak skinie się sąsiadowi w windzie, i znów wpatrzył się w ekran. – Dzień dobry – mruknął. – Dzień dobry – odpowiedziała powoli Ksenia. – A pan, przepraszam, kto to? – Antocha jestem. Siostrzeniec Nadieżdy Pawłowny – powiedział, sięgając po chipsy. – Ciocia Nadia skierowała mnie tu na razie. U was przestronnie, całkiem spoko.
Z kuchni wyjrzała sama Nadieżda Pawłowna – w fartuchu Ksenii, tym samym, z haftowanymi wiśniami, który wisiał na haczyku przy kuchence. W rękach trzymała jej ulubioną patelnię. – A, Ksiusza, jesteś – powiedziała teściowa tak, jakby to Ksenia spóźniła się w gości, a nie wróciła do własnego domu. – Zaczęłam robić kolację, smażę kotlety. Antocha musi normalnie jeść, on jeszcze rośnie, można powiedzieć.
Ksenia przeniosła wzrok z chłopaka na teściową, z patelni na obce buty w przedpokoju i próbowała ułożyć to wszystko w głowie – ale obraz nie składał się w całość, szczegóły nie chciały się połączyć w sensowną całość. – Nadieżdo Pawłowno. Co tu się dzieje? – Nic szczególnego – odpowiedziała teściowa, spokojnie wracając do kuchenki, gdzie zaskwierczało masło. – Antocha miał chwilowy problem z mieszkaniem. Wynajmował pokój, a właściciel wziął i go wyrzucił. Gdzie ma się podziać? No i mówię – pomieszkaj u Wołodi i Ksiuszy, mają dużo miejsca. Po co pokój ma stać pusty. – Jaki pokój? – No ten mały, gościnny. Już tam Antoszy pościeliłam.
Ksenia przeszła korytarzem do małego pokoju – trzymała go jako gabinet, stało tam jej biurko, książki, maszyna do szycia po babci. Otworzyła drzwi. Biurko było przesunięte pod ścianę, na nim piętrzyła się obca torba sportowa z wystającymi skarpetkami i koszulkami. Na jej starannie zaścielonej kanapce leżała teraz zmięta kołdra – nie jej, obca, w niebieską kratkę. Na parapecie stała popielniczka – popielniczka! – choć w tym mieszkaniu nikt nigdy nie palił. W łazience obraz był nie lepszy. Na półce, gdzie stały jej kremy, teraz tłoczyły się męski dezodorant, maszynka do golenia, jakiś żel pod prysznic o ostrym zapachu. Jej ręcznik frotte, brzoskwiniowy, wisiał jako wilgotny kołtun – ktoś wytał się nim i rzucił byle jak.
Ksenia wróciła do kuchni. Nadieżda Pawłowna przewracała kotlety, nucąc coś pod nosem. – Nadieżdo Pawłowno, mówmy wprost. Jak Anton w ogóle dostał się do mieszkania? Nikomu nie dawałam kluczy. – No mam przecież klucze – wzruszyła ramionami teściowa, nie odwracając się. – Zapasowe, które sama mi dałaś. Wpuściłam go. A co w tym złego? Nie na ulicy ma chłopak nocować.
I wtedy do Ksenii zaczęło docierać. Klucze. Zapasowy komplet, który trzy lata temu wręczyła Nadieżdzie Pawłownej – na wszelki wypadek, na awaryjną sytuację, gdyby nagle wyjechali z Włodzimierzem na urlop, a trzeba było podlać kwiaty lub, nie daj Boże, coś pękło, żeby było komu otworzyć hydraulikowi. Dała, ufając. Dała, myśląc o nieszczęściu, a nie o tym, że kiedyś tym kluczem ktoś otworzy drzwi i wprowadzi do jej domu obcego chłopaka w brudnych butach.
– Te klucze dałam pani na sytuacje awaryjne – powiedziała Ksenia, starając się kontrolować głos. – Nie po to, żeby kogoś zakwaterowywać. – No to właśnie jest sytuacja awaryjna – Nadieżda Pawłowna w końcu się odwróciła, a w jej spojrzeniu nie było cienia wątpliwości. – Chłopak nie ma gdzie mieszkać. Czym nie jest awaryjna? Nie wymyślaj, Ksiusza. Rodzina musi pomagać.
Rodzina. To słowo w ustach teściowej zawsze brzmiało jak przepustka otwierająca każde drzwi. Mieszkanie to Ksenia kupiła dwa lata przed poznaniem Włodzimierza. W spokojnej dzielnicy, z widokiem na skwer. Oszczędzała długo, wzięła niewielki kredyt hipoteczny, spłaciła go sama – i wprowadziła się, dumna niezmiernie, bo własne, zarobione, nikomu nic nie winne. Potem był Włodzimierz – spokojny, solidny, jak jej się wtedy wydawało. Pobrali się, a Ksenia sama zaprosiła go do siebie: przeprowadź się, po co ci się tułać po wynajmowanych kątach. Przeprowadził się. I wszystko było dobrze, dopóki w ich życie nie zaczęła wchodzić coraz gęściej, coraz bardziej jego rodzina.
Ciąg dalszy artykułu znajduje się na następnej stronie Reklama
