August 26, 2026 Feed v2

„Będę z młodszą kobietą” – oznajmił 65-letni dziadek, pakując walizkę. Godzinę później wrócił z płaczem.

Wszedł do przedpokoju, ciągnąc za sobą tę cholerną walizkę. Znajomy zapach domu – świeża pościel i kilka leków – uderzył go w nozdrza.

To był najwspanialszy zapach na świecie.

Witalij zdjął buty i poszedł do łazienki. Stary, zmęczony mężczyzna spojrzał na niego w lustrze. Umył twarz lodowatą wodą, zmywając łzy i upokorzenie.

Kiedy wszedł do kuchni, Galina już nalewała herbatę do jego ulubionego, dużego kubka. Na stole stał talerz z gotowanymi na parze kotletami.

„Gal” – powiedział cicho, siadając. „Wybacz mi. Ty stary głupcze.” Diabeł mnie do tego zmusił.

„Jedz” – odpowiedziała krótko, nie odwracając się. – „Wystygnie”.

„Naprawdę. Jaka Eleanor? Jaka muza? Bez ciebie… Nawet nie wiem, gdzie jest ta polityka”.

„W teczce z dokumentami, w górnej szufladzie” – odpowiedziała automatycznie, siadając naprzeciwko niego. „Witalij, błagam cię, nie zaczynaj tego drugi raz. On ciągle wraca”.

Żuł mdłego kotleta i wydał mu się on pyszniejszy niż jakikolwiek restauracyjny przysmak.

„A ona… ta Eleanor…” – nagle postanowił skłamać, żeby choć trochę ocalić twarz. „Okazała się inna, niż myślałem. Wyobrażasz sobie? Pali?” I przeklina”.

Galina spojrzała na niego znad okularów. W jej oczach tańczyły drobne iskierki, starannie ukryte.

„Och, jakie to okropne” – powiedziała zupełnie poważnie. „A ty, będąc prawdziwą estetką, nie mogłeś tego znieść”.

„Oczywiście!” Witalij ożywił się. „Powiedziałem jej: »Proszę pani, pani słownictwo nie pasuje do pani wyglądu«. A ona…”

Machnął ręką.

„Więc zrozumiałem, że się myliłem. Pustka w mojej duszy, Gal. Zupełna próżnia”.

„Rozumiem” – skinęła głową żona. „Dobrze, że zdałeś sobie z tego sprawę na przystanku autobusowym”.

, nie w urzędzie stanu cywilnego.

Wstała, podeszła do szafki i wyjęła tubkę maści. Położyła ją na stole przed nim.

„Pewnie trochę bolały cię plecy od noszenia walizki?”

Witalij się zarumienił.

„Trochę.”

„Zdejmij ubranie. Nałożę.”

Zdjął koszulę, jęcząc i krzywiąc się, i poczuł znajome, pewne dłonie żony na plecach. Wmasowała maść mocnymi, wyćwiczonymi ruchami.

Piekło, ale było to przyjemne, kojące uczucie.

„Gal” – mruknął, chowając twarz w stole.

„Co?”

„Wiedziałaś, że wrócę?”

„Oczywiście, że wiedziałam.”

„Dlaczego?”

Galina poklepała go po zdrowym ramieniu, dając znać, że zabieg dobiegł końca.

„Bo, Witaliju, nie miałeś w walizce bielizny, skarpetek ani leków”.

Uśmiechnęła się kącikami ust.

„Wepchnąłeś tam koc i moje stare futro, które kazałam ci oddać do pralni chemicznej”.

Witalij Pietrowicz zamarł i powoli odwrócił głowę.

„Futro?”

„Futro. Widziałem, jak je tam wpychałeś dziś rano. Myślałeś, że nie zauważę? Jesteś ślepy jak nietoperz bez okularów”.

W kuchni zapadła cisza. Witalij przetrawił informację: wyjeżdżał do nowego życia z futrem żony i kocem.

Nagle zaczął się śmiać. Najpierw cicho, potem głośniej. Śmiech przeszedł w kaszel, a potem znowu w śmiech.

Galina spojrzała na niego i kąciki jej ust również zadrżały.

„Ależ z ciebie stary głupiec” – powiedziała dobrodusznie. „Dobra, podróżniku. Dojedz kotleta. Jutro jedziemy na daczę, więc musimy wstawić konserwy do piwnicy. Tam nabierzesz kondycji i odetchniesz świeżym powietrzem”.

„Pójdziemy, Gałoczka. Na pewno pójdziemy” – Witalij skinął głową, ocierając łzy śmiechu.

Telefon w kieszeni spodni znowu zawibrował. Witalij wyjął go i spojrzał na ekran. „Eleanor: Gdzie jesteś? Mama umiera!! Wyślij mi chociaż tysiąc!”

Pewnym ruchem nacisnął przycisk „Blokuj”. Następnie „Usuń czat”. Położył telefon ekranem do dołu na stole.

„Gal, może zapomnijmy o tych konserwach?” – zasugerował nagle, patrząc na żonę zupełnie innym wzrokiem. „Może po prostu ugrillujemy szaszłyk? Zamarynuję mięso. Sam. Tak jak lubisz, z cebulą”.

Galina Siergiejewna uniosła brwi ze zdziwienia. To było coś nowego, bo Witalij nie tknął grilla od dziesięciu lat.

„Szaszłyk?” powtórzyła. „A wątróbka?”

„Do diabła z wątróbką” – machnął ręką. „Żyje się tylko raz”.

Ujął jej dłoń – tę samą, szorstką od pracy i mycia – i pocałował ją niezręcznie, ale szczerze.

„Dziękuję, że otworzyłaś drzwi, Gal”.

Odsunęła dłoń, nie gwałtownie, lecz raczej nieśmiało.

„Chodź, Don Juanie. Bo inaczej zrobi się strasznie zimno”.

Deszcz na zewnątrz padał coraz mocniej, wiatr szarpał gałęziami o szybę, ale w kuchni było ciepło i jasno. Na krześle wisiała koszula, a w powietrzu unosił się zapach leczniczej maści i herbaty.

A ten zapach był lepszy niż jakiekolwiek perfumy.

Witalij Pietrowicz spojrzał na żonę i pomyślał, że dwadzieścia osiem lat to oczywiście dobry czas.

Ale kto inny mógł wiedzieć, że może przez pomyłkę spakować futro do walizki i mimo to pozwolić mu wrócić do domu?

„Gal” – zawołał.

„No i co jeszcze?”

„Ale muszę jeszcze zanieść płaszcz do pralni chemicznej. Oddam go jutro”.

„Zrób to” – zgodziła się. „Tylko najpierw rozpakuj walizkę. I weź koc. Marzną mi stopy”.

Witalij skinął głową i ugryzł solidnie ugotowanego kotleta.

Życie toczyło się dalej i, cholera, wcale nie było tak źle.

Share on Facebook