— Dlaczego nie poprosiła pani innych krewnych? Cioci Swiety na przykład? To pani szwagierka, na pewno pomoże.
— Swieta mieszka w innym mieście. Przyjedzie dopiero na samą uroczystość.
— A sąsiadki? Przyjaciółki?
Walentina Siergiejewna spuściła wzrok.
— Nie mam aż tylu bliskich osób. A te, które mam… same są już w wieku.
Larisa patrzyła na teściową uważnie. Pierwszy raz od siedmiu lat widziała ją taką: zagubioną, proszącą, niemal bezbronną.
— Wie pani co, Walentino Siergiejewno — powiedziała powoli — pomogę pani. Ale pod jednym warunkiem.
Teściowa podniosła głowę.
— Jakim?
— Przeprosi mnie pani. Za te wszystkie lata. Za to, że nie przyjmowała mnie pani do rodziny. Za to, że poniżała mnie pani przy ludziach. Za to, że próbowała mnie pani poróżnić z Andriejem.
Zapadła długa cisza. Walentina Siergiejewna ściskała filiżankę drżącymi dłońmi.
— Ja… — Urwała, po czym zaczęła od nowa. — Przepraszam, Lariso. Nie miałam racji. Bałam się, że stracę syna i dlatego… dlatego źle cię traktowałam. Wybacz mi.
Słowa padły cicho, niemal szeptem. Larisa nie była pewna, czy przeprosiny były szczere, ale skinęła głową.
— Dobrze. Pomogę pani przy jubileuszu.
Walentina Siergiejewna zaszlochała.
— Dziękuję. Bardzo ci dziękuję.
— Tylko zrobimy wszystko według mojego planu. Bez pani uwag i rad. Umowa?
— Umowa.
Następne dwa tygodnie minęły na intensywnych przygotowaniach. Larisa ułożyła menu, rozdzieliła obowiązki i zorganizowała zakupy. Walentina Siergiejewna naprawdę się nie wtrącała. Po prostu wykonywała zadania.
Z czasem lód między nimi zaczął topnieć. Pracując razem, mimowolnie rozmawiały coraz więcej. Walentina Siergiejewna opowiadała historie z dzieciństwa Andrieja i pokazywała stare zdjęcia. Larisa dzieliła się planami na przyszłość i mówiła o pracy.
Pewnego dnia, gdy kroiły warzywa na sałatkę, teściowa odłożyła nóż i spojrzała na nią uważniej.
— Wiesz, Lariso, ja naprawdę się ciebie bałam.
