– Pokaż mi ten akt – powiedziałam w progu.
Nie zaprotestowała. Weszła do pokoju, wyjęła z segregatora dokument w przezroczystej koszulce i podała mi bez słowa. Akt notarialny, kancelaria w Opolu, data – październik dwa tysiące dziewiętnaście. Wszystko zgodne z prawem. Podpisy, pieczątki, numer repertorium.
Stałam w przedpokoju Marzeny i czytałam dokument, który zmieniał wszystko, co myślałam o własnej rodzinie. Mama żyła jeszcze cztery lata po tej darowiźnie. Cztery lata kłamała mi w twarz.
Nie wprost – mama nigdy nie kłamała wprost. Robiła to lepiej. Milczała o jednym, a głośno mówiła o drugim. “Nie starcza na leki” – to nie było kłamstwo. Z samej emerytury pewnie rzeczywiście nie starczało. Ale to było pół prawdy, a pół prawdy jest gorsze od kłamstwa, bo nie można go złapać.
– Dlaczego tobie? – zapytałam.
Marzena oparła się o framugę drzwi do kuchni. Skrzyżowała ręce na piersi, ale nie wyglądała na agresywną. Raczej na zmęczoną.
