– Bo mnie było gorzej.
– Gorzej?
– Lucyna, ty masz pracę od dwudziestu lat. Masz mieszkanie. Masz Janka. Ja trzy lata temu ledwo wiązałam koniec z końcem. Jarek stracił robotę, Kuba potrzebował pieniędzy na studia. Mama widziała, że tonę.
– I dała ci mieszkanie.
– Żebym mogła je sprzedać, kiedy będzie trzeba. Albo wynająć. Miała być moja poduszka bezpieczeństwa.
Chciałam powiedzieć: a moja poduszka? Moja bezpieczeństwo? Ja przez cztery lata byłam tą, która przyjeżdżała, płaciła, organizowała, a ty dostawałaś nieruchomość? Ale nie powiedziałam tego. Nie od razu. Bo jednocześnie widziałam coś, czego nie chciałam zobaczyć – że Marzena ma rację.
Że jej życie przez ostatnie lata wyglądało inaczej niż moje. Że Jarek faktycznie nie pracował prawie rok, że widziałam, jak Marzena przychodziła do mamy w butach ze zdartymi obcasami i w kurtce z poprzedniego sezonu, i myślałam wtedy nie “jak mogę pomóc”, tylko “dobrze, że u mnie jest inaczej”.
Wróciłam do domu i przez tydzień nie odzywałam się do nikogo. Janek – mój mąż – widział, że coś jest nie tak, ale znał mnie na tyle dobrze, żeby nie pytać. Stawiał mi herbatę na biurku i wychodził z pokoju.
