— Podstaw miskę.
Wiera spojrzała na męża, potem na cienki strumień wody spływający z kranu. Krople uderzały o dno zlewu w jednostajnym rytmie, który od kilku dni działał jej na nerwy coraz bardziej.
— Miskę? Kostia, miesiąc temu prosiłam cię, żebyś wezwał fachowca. Powiedziałeś, że sam sobie poradzisz.
— I poradzę sobie. Dzisiaj po obiedzie.
Powiedział to takim tonem, jakby sprawa była już właściwie rozwiązana i dalsza rozmowa nie miała najmniejszego sensu. Wiera zacisnęła zęby. Nie chciała kolejnej kłótni. Nie chciała po raz dziesiąty przypominać o czymś, co powinno zostać zrobione już dawno.
Wyszła z kuchni.
Kiedy wróciła dwie godziny później, wszystko wyglądało dokładnie tak samo. Kran nadal puszczał wodę, miska stała pod nim, a Kostii nie było w mieszkaniu. Na stole została tylko jego nieumyta filiżanka, jak zwykle pozostawiona komuś innemu do sprzątnięcia.
Wiera przez chwilę stała w drzwiach kuchni i patrzyła na ten obraz.
Niby drobiazg. Kran. Filiżanka. Nieobecny mąż.
A jednak właśnie z takich drobiazgów coraz częściej składało się jej życie.
Wyjęła telefon i sama zadzwoniła po fachowca.
Zapłaciła pieniędzmi, które odkładała na zimowe buty dla dzieci. Nie była to decyzja, którą chciała podejmować, ale nie mogła dłużej czekać, aż Kostia wreszcie zrobi to, co obiecywał.
Wieczorem mąż wrócił do domu, rzucił kurtkę na wieszak i przeszedł obok niej tak obojętnie, jakby była elementem wyposażenia mieszkania, a nie osobą, z którą dzielił życie.
Zajrzał do łazienki.
— Kran naprawiony? — zapytał. — No widzisz, a tak się martwiłaś. Wszystko się rozwiązało.
Wiera powoli odwróciła się w jego stronę.
— To ja rozwiązałam ten problem. Sama.
— No i świetnie. Przecież mówiłem, że nic strasznego się nie dzieje.
Właśnie ten ton bolał najbardziej. Nie przeprosiny. Nie pytanie, ile zapłaciła. Nie zainteresowanie tym, że musiała sięgnąć po pieniądze przeznaczone dla dzieci.
Tylko lekkie wzruszenie ramion, jakby wszystko odbyło się dokładnie tak, jak powinno.
Wiera patrzyła na niego i próbowała przypomnieć sobie moment, w którym przestał być człowiekiem, za którego kiedyś wychodziła za mąż.
Nie potrafiła wskazać konkretnego dnia.
Zmiana następowała powoli.
Najpierw pojawiły się małe obietnice odkładane na później. Potem prośby, które trzeba było powtarzać. Następnie obowiązki, które ostatecznie i tak wykonywała sama.
A gdzieś pomiędzy tym wszystkim zniknęło zainteresowanie, współpraca i zwyczajne poczucie, że w tym domu są dwoje dorosłych ludzi odpowiedzialnych za wspólne życie.
Mimo wszystko Wiera wciąż próbowała sobie tłumaczyć, że to przejściowe.
Że Kostia jest zmęczony.
Że ma gorszy okres.
Że któregoś dnia się opamięta.
Tego wieczoru postanowiła jeszcze raz spróbować rozmowy.
— Kostia, porozmawiajmy. Naprawdę. Czuję, że się od siebie oddalamy. Nie chcę tak żyć.
Mąż westchnął, jakby to właśnie ona tworzyła problem, którego wcześniej nie było.
— Wiera, po co ten dramat bez powodu? Kran naprawiony, dzieci zdrowe, dach nad głową mamy. Czego jeszcze ci brakuje?
— Zaangażowania. Twojego zaangażowania.
— Jestem zaangażowany. Przynoszę pieniądze.
— Pieniądze to nie wszystko.
— Przy mieszkaniu na kredyt są bardzo blisko wszystkiego.
Uśmiechnął się.
Był to ten sam uśmiech, który kiedyś uważała za czarujący. Lekko uniesiony kącik ust, pewność siebie, pozorna swoboda.
Dawniej ten uśmiech ją rozbrajał.
Teraz widziała w nim coś zupełnie innego.
Tarczę.
Za nią ukrywała się obojętność, której wcześniej nie chciała zauważać.
