Najpierw drobiazgi. Nadieżda Pawłowna wpadała bez zapowiedzi – to z ciastami, to sprawdzić, jak dzieci żyją. Ksenia znosiła, uśmiechała się, uważała to za normalne. Potem teściowa zaczęła pozwalać sobie na więcej – przestawiła naczynia w szafkach, jak jej było wygodniej, wyrzuciła stare, ale drogie Ksenii filiżanki, twierdząc, że są wyszczerbione. Powiesiła w przedpokoju swoje zdjęcia. I za każdym razem, gdy Ksenia próbowała o tym porozmawiać z mężem, Włodzimierz machał ręką: no mama, ona z dobrego serca, no co się czepiasz, sprawia jej przyjemność troszczyć się o nas.
Wieczorem, gdy Włodzimierz wrócił z pracy, Ksenia czekała na niego w kuchni. Anton w tym czasie znów wsiąkł w telewizor, Nadieżda Pawłowna odjechała do siebie, zostawiając górę brudnych naczyń. – Wołodia. Musimy porozmawiać. – O czym? – Mąż zajrzał do lodówki, wyjął kotleta, wsunął do ust prosto z zimna. – O tym, że w pokoju gościnnym mieszka nasz kuzyn z trzeciego kolana. Którego widziałam pierwszy raz dzisiaj. – A, Antocha – przełknął Włodzimierz. – No mama mówiła, że podrzuci na krótko. Ma tam problem z mieszkaniem. – Mama mówiła. A mnie zapytać nie trzeba było? To w ogóle moje mieszkanie. – No nasze. – Moje, Wołodia. Z dokumentów – moje. Kupione przed tobą.
Włodzimierz skrzywił się, jakby go zabolał ząb. – No proszę, znowu te dokumenty. Jaka różnica, czyje, przecież jesteśmy rodziną. No pomieszka chłopak parę tygodni, czego się burzysz. Żal ci go? – Nie chodzi o to, żal czy nie. Chodzi o to, że postawiono mnie przed faktem dokonanym. W moim domu. Bez jednego słowa. – No mama nie chciała cię obciążać – wzruszył ramionami Włodzimierz. – Załatwiła szybko, żebyś się nie martwiła. Ona przecież jak najlepiej.
Jak najlepiej. Ksenia patrzyła na męża i po raz pierwszy łapała się na dziwnym odczuciu – jakby rozmawiała nie ze swoim człowiekiem, ale z adwokatem przeciwnej strony. Nie złościł się, nie kłócił na poważnie. Bronił. Matki, siostrzeńca, wygody wszystkich oprócz niej. I robił to tak nawykowo, tak gładko, że stawało się jasne – dla niego to dawno naturalne. Jej interesy w tym domu szły ostatnie w kolejce.
– Wołodia. Proszę cię. Porozmawiaj z mamą. Niech Anton szuka mieszkania. To nie nasza sprawa go zakwaterowywać. – No dobra, dobra, porozmawiam – machnął ręką Włodzimierz i poszedł do telewizora, do Antona, a za chwilę stamtąd dobiegł ich wspólny śmiech z kolejnego żartu z talk-show. Rozmawiał, oczywiście, czy nie – Ksenia nigdy się nie dowiedziała. Bo Anton nigdzie się nie wyniósł. Przeciwnie, zadomowił się. Po tygodniu czuł się w mieszkaniu nie gościem, a pełnoprawnym lokatorem. Dojadał jej produkty – Ksenia kupowała na dwoje, a zjadało się na troje, przy czym z jej półki znikały właśnie te smakołyki: ser, który brała do porannej kawy, owoce, jogurty.
Pewnego dnia wróciła i odkryła, że jej ulubiony kubek – duży, z niebieskimi górami, przywieziony z górskiej wycieczki, jedyny w swoim rodzaju – jest rozbity na dwoje i wrzucony do kosza na śmieci. Nikt nie przeprosił. Anton, gdy zapytała, tylko wzruszył ramionami: a, ciociu Ksiusza, wyślizgnął się, bywa. Ciociu Ksiusza – ona miała trzydzieści cztery lata, on dwadzieścia pięć, ale nazywał ją ciocią, jakby była tu na ptasich prawach przy jego rodzie.
Nadieżda Pawłowna nadal wpadała, kiedy jej się podobało. Otwierała swoim kluczem, przechodziła do kuchni, gotowała, przestawiała, rozkazywała. Pewnego razu Ksenia wróciła i zastała teściową rozwieszającą wyprane pranie – obce, Antonowe – na jej suszarce, prosto na jej, jeszcze wilgotne rzeczy. – Nadieżdo Pawłowno, po co pani zdjęła moje rzeczy? – Już prawie wyschły. A Antocha potrzebuje pilniej, jutro ma rozmowę kwalifikacyjną, potrzebuje koszuli.
Na rozmowę. Anton chodził na rozmowy już trzeci tydzień, ale pracy jak nie było – to miejsce nie to, to pensja za mała, to za daleko. Ksenia czuła, jak grunt usuwa się jej spod nóg we własnym domu. Każdy drobiazg, każdy dzień – jakby ktoś centymetr po centymetrze odsuwał ją od steru, a ręce już chwytały pustkę. Prośby nie działały. Prosiła – grzecznie, potem stanowczo, potem ostro. Bez skutku. Patrzono na nią jak na kapryśną, która czegoś nie rozumie o wartościach rodzinnych.
A potem wydarzyło się to, co wybiło Ksenii spod nóg ostatnią podporę cierpliwości. Sąsiadka z dołu, Zoja Michajłowna, starsza kobieta, z którą Ksenia zawsze się witała i czasem gawędziła przy bramie, zaczepiła ją na podwórku. – Ksiusza, zaczekaj. Chciałam cię o coś zapytać. Co to u was, rodzina się zjeżdża, czy co? Ludzi przybyło. – To znaczy? – No patrzę, kluczami u was wiele osób korzysta. Twoją teściową znam, dawno chodzi. A tu ostatnio jakiś mężczyzna, w latach, solidny, swoim kluczem drzwi otworzył i wszedł. Myślałam, może jakiś krewny przyjechał.
Ksenia stanęła. – Jakim kluczem? – No swoim. Otworzył drzwi i wszedł, po gospodarsku. Jeszcze pomyślałam – ile wy tych kluczy macie w obiegu. Krew odpłynęła Ksenii z twarzy i natychmiast wróciła gorącą falą, paląc policzki. Podziękowała sąsiadce, weszła na górę i cały wieczór czekała na Nadieżdę Pawłowną, która, jak na złość, zjawiła się pod pretekstem przyniesienia Antochy czystej bielizny.
– Nadieżdo Pawłowno. Niech pani powie uczciwie. Ile kopii moich kluczy pani zrobiła? Teściowa lekko się zaciągnęła, ale szybko wzięła się w garść. – No a co w tym złego? Zrobiłam parę duplikatów. Jeden Antoszy, żeby nie siedział zamknięty, czekając, aż mu otworzą. I Borysowi Wiktorowiczowi, mojemu szwagrowi, to poważny mężczyzna, a nuż coś, pomóc jeśli. – Borysowi Wiktorowiczowi. – No tak. Dobry człowiek, jeszcze go nie znasz. Wkrótce poznacie.Wynajem lokali mieszkalnych
Ksenia powoli usiadła na krześle. Czyli tak to wyglądało. Jej klucze – klucze do jej mieszkania, kupionego jej pieniędzmi – teściowa powielała i rozdawała, komu uznała za stosowne. Już jakiś nieznany Borys Wiktorowicz otwierał jej drzwi i wchodził do jej domu, gdy jej nie było. Jej mieszkanie zmieniło się w przejściowy dworzec, do którego połowa rodziny Włodzimierza miała swobodny dostęp. I nikt, ani jedna z tych osób, nie pomyślała, że do tego potrzeba jej zgody.
– Czy pani rozumie, co pani zrobiła? – zapytała cicho Ksenia. – Rozdała pani klucze do cudzego mieszkania. Bez pytania. – A dlaczego cudzego! – wybuchła Nadieżda Pawłowna. – Wołodia tu mieszka, mój syn! Czyli i moja troska, i moich bliskich. Co ty ciągle – cudzego, cudzego. Jaka ty z tego rodzina. – Proszę mi oddać wszystkie klucze. Wszystkie komplety. Natychmiast. – I nie myśl – teściowa skrzyżowała ręce na piersi. – Jeszcze czego. Są mi samej potrzebne i ludziom. Nie pchaj się, Ksiusza. Nie ty tu jedna gospodyni.
Nie ty tu jedna gospodyni. To zdanie zawisło w powietrzu, a w nim było wszystko – cały prawdziwy stosunek tych ludzi do jej domu, do jej własności, do niej samej. Ksenia nie kłóciła się tamtego wieczoru. Zrozumiała – bez sensu. Słowa odbijały się od Nadieżdy Pawłownej jak groch od ściany. Postanowiła zaczekać, zobaczyć, do czego to jeszcze dojdzie. I doszło – szybciej, niż myślała.
Trzy dni później Ksenia wróciła z pracy wcześniej – zwolnili po południu. Otworzyła drzwi i usłyszała z pokoju gościnnego – ze swojego dawnego gabinetu – dziewczęcy śmiech. Zajrzała. Na kanapce, na jej babcinej kanapce, siedzieli Anton i nieznajoma dziewczyna, oboje w objęciach, a dziewczyna czuła się zupełnie jak u siebie – w szlafroku, w jej, Ksenii, kapciach. – O, ciociu Ksiusza – uśmiechnął się Anton. – Poznaj, to Wika. Będzie ze mną mieszkać na razie. Ma problem z akademikiem, no to pomyślałem – po co ma się tułać.
Ksenia nie zdążyła odpowiedzieć – z kuchni wypłynęła Nadieżda Pawłowna, wycierając ręce. – A, przy okazji, Ksiusza, dobrze, że wcześniej. Chciałam powiedzieć. Borys Wiktorowicz wprowadza się do was w przyszłym tygodniu. Ma remont, nie będzie miał gdzie mieszkać przez jakieś dwa-trzy miesiące. Pomyślałam, w waszym pokoju go umieścimy, a wy z Wołodią na razie w salonie się ścieśnicie.
Ksenia stała w przedpokoju swojego mieszkania i słuchała, jak obca kobieta w fartuchu rozdziela pokoje w jej domu. Kogo gdzie umieścić. Kogo z kim ścieśnić. Jakby to nie było mieszkanie kupione przez Ksenię za jej własne pieniądze, tylko mieszkanie komunalne, którym teściowa zarządza z racji starszeństwa. I coś w Ksenii stanęło na swoim miejscu – ostatecznie, twardo, bez drżenia. Cierpliwość, którą zbierała miesiącami, nie pękła z krzykiem. Po prostu się skończyła – równo, jak kończy się woda w kranie, który ktoś zakręcił. Cicho i nieodwracalnie.
Nic nie powiedziała ani Antonowi, ani Wice, ani Nadieżdzie Pawłownej. Odwróciła się, wyszła na klatkę schodową i wybrała numer do ślusarza – znalazła pierwszego z brzegu, z całodobowym dojazdem. Umówiła się na jutro, na dziesiątą rano. Jej głos przy tym był spokojny i rzeczowy, jakby zamawiała pizzę.
