Po chwili rozmowa się urwała.
Przez minutę nic się nie działo.
A potem usłyszałam głos Caleba na dole.
Już nie senny.
Spokojny.
„Światła są zgaszone,” powiedział.
Ktoś inny odpowiedział w moim domu:
„Czyli wie.”
Zatkałam usta dłonią.
Przez szparę w deskach podłogi widziałam korytarz. Caleb stał tam w dresie, trzymając mój laptop pod pachą.
Obok niego stał nieznajomy w czarnym płaszczu przeciwdeszczowym.
Podał Calebowi małą walizkę.
Caleb otworzył ją. W środku były trzy paszporty.
Jeden z twarzą mojego męża.
Jeden z twarzą mojego syna.
I jeden z moją.
Ale żaden nie miał naszych prawdziwych nazwisk…
—
## Część 2
Kucnęłam na strychu, a kurz drapał mnie w gardło. Strach ściskał mi klatkę piersiową.
Na dole Caleb położył paszporty na stole.
Mężczyzna w płaszczu powiedział: „FBI poruszyło się szybciej niż przewidywano.”
Zamarłam.
„Jak blisko?” — zapytał Caleb.
„Na tyle blisko, że twoja żona albo jej siostra już mogą wiedzieć.”
Moja siostra.
Mara.
Ścisnęłam telefon, modląc się, żeby znów zadzwonił.
Caleb wziął laptop. „Ona nic nie sprawdza. Nawet jeśli coś widziała, nie zrozumie.”
Mężczyzna zaśmiał się cicho. „Dobrze ją wybrałeś.”
Caleb nie odpowiedział uśmiechem.
„To nie było w planie,” powiedział.
Przez chwilę zabrzmiało to jak żal.
„Ale dziecko komplikuje sprawę.”
Zamarłam.
Noah. Nasz czteroletni syn.
„Twoi ludzie już go przenoszą,” powiedział mężczyzna.
Ugryzłam się w dłoń tak mocno, że poczułam krew.
Caleb skinął głową. „Dobrze. Po przekroczeniu granicy do Kanady wszystko się resetuje.”
Telefon zawibrował.
Wiadomość od Mary:
FBI i policja są za dwie minuty. Ukryj się. Nie ruszaj się. Noah jest bezpieczny. Przechwyciliśmy go.
Łzy spłynęły mi po twarzy.
Bezpieczny.
Na dole telefon Caleba zadzwonił.
„Mamo?” — odebrał.
Jego twarz się zmieniła.
„Co znaczy, że go zabrali?”
Mężczyzna podszedł bliżej. „Co się stało?”
„Policja ich zatrzymała. Noah jest w drodze do nas.”
Przekleństwo.
Caleb spojrzał w górę.
Prosto w stronę strychu.
„Gdzie jest Elise?”
Serce mi stanęło.
