Szarpnęła mocniej, zmuszając ciężką kobietę do oderwania się od kanapy. Vera Nikołajewna, która nie spodziewała się takiej siły po „chudej” synowej, poleciała do przodu z rozpędu i prawie uderzyła nosem w podłogę.
– Ręce zabierz! Zabiję! – wrzasnęła, próbując się odwrócić i uderzyć Irinę, ale ta już chwyciła kołnierz drugą ręką i z całej siły pociągnęła teściową ku wyjściu z salonu.
– Marsz! – wydyszała Irina, popychając przed sobą opierające się ciało. – Ostrzegałam panią!
– Puść, suko! – Vera Nikołajewna zapierała się nogami, zwijając dywan w harmonijkę, czepiała się framugi i zostawiała brudne smugi na jasnej tapecie. – Ja cię pozwę. Zapłacisz mi za wszystko. Oleg! Oleg, oni mnie zabijają!
Ale Olega tutaj nie było. Była tylko wściekłość Iriny, odkładana latami, i teraz ta wściekłość znalazła ujście. Ciągnęła byłą krewną jak worek śmieci, nie zwracając uwagi na piski, przekleństwa i próby kopania jej po nogach. Przed nimi był korytarz i zbawcze drzwi wejściowe.
Przedpokój zamienił się w pole bitwy. Ciężkie oddechy dwóch kobiet zagłuszały nawet szum telewizora w sąsiednim mieszkaniu. Irina ciągnęła Verę Nikołajewnę z uporem mrówki niosącej ciężar trzy razy większy od siebie. Płaszcz trzeszczał na szwach, kołnierz wbijał się w grubą szyję teściowej, ale ona jakby nagle nabrała wagi betonowej płyty.
Zapierała się piętami o podłogę, zostawiając czarne ślady na jasnym laminacie, i łapała wszystko, czego mogła dosięgnąć: róg szafy, wieszak, powietrze.
– Puść, wariatko! Będę składać skargi. Wszystkim powiem, że mnie pobiłaś! – piszczała Vera Nikołajewna, plując śliną. Jej twarz, pokryta czerwonymi plamami, wykrzywiła się od złości i upokorzenia.
Spróbowała się wyrwać i jej ciężka torba, wisząca na łokciu, z rozmachem uderzyła Irinę w udo. Metalowa klamra boleśnie wbiła się w nogę, ale tylko podsyciła furię gospodyni. Ból zadziałał jak katalizator.
Irina złapała kołnierz wygodniej, ściskając materiał tak mocno, że zbielały jej knykcie, i wykonała potężny ruch w stronę drzwi.
– Wynocha! – wycedziła przez zęby, ignorując ból w nodze.
Teściowa straciła oparcie i prześlizgnęła się po płytkach przedpokoju. Jej ręka gorączkowo chwytała futrynę, zdrapując paznokciami farbę, ale Irina była nieubłagana. Uderzyła barkiem w drzwi i otworzyła je na oścież.
W twarz uderzył chłodny przeciąg z klatki schodowej, zapach smażonych ziemniaków od sąsiadów i kurz betonowych stopni.
– Nie masz prawa! To mieszkanie mojego syna. My je… my razem… – krzyczała Vera Nikołajewna, próbując zaprzeć się nogami o próg.
– Pani syn nie ma tu nawet gwoździa! – ryknęła Irina.
Zbierając resztki sił, oparła dłoń na miękkich, obwisłych plecach teściowej i mocno popchnęła ją do przodu. Vera Nikołajewna straciła równowagę, machnęła rękami jak postrzelony ptak i wypadła na brudny podest klatki schodowej. Ledwo utrzymała się na nogach, potknąwszy się o wycieraczkę sąsiadów, po czym ciężko oparła ramieniem o obdrapaną ścianę.
W przedpokoju zapanował chaos. Na podłodze leżał jeden but teściowej, który spadł jej podczas szarpaniny. Obok walała się dziergana czapka z niedorzecznym pomponem, strącona w trakcie walki.
Irina, ciężko oddychając, podniosła but i z obrzydzeniem cisnęła go w otwór drzwi. Uderzył Verę Nikołajewnę w nogę.
– Zakładać i znikać – rzuciła lodowatym tonem.
– Ty… ty potworze! – wychrypiała teściowa, próbując naciągnąć but drżącymi rękami. Jej oczy biegały, pełne nienawiści i strachu. – Pożałujesz tego. Oleg przyjdzie i się z tobą rozprawi. Bez nas jesteś nikim. Zgnijesz tu sama ze swoimi pieniędzmi.
Irina schyliła się i podniosła z podłogi czapkę. Spojrzała na ten kłębek taniej syntetyki, który jeszcze kilka minut temu siedział na głowie kobiety próbującej ją okraść. W tym przedmiocie było wszystko: ich małostkowość, ich bezczelność i ich nędzne przekonanie, że wszyscy są im coś winni.
– Zabieraj pani swoje śmieci – powiedziała Irina i z całej siły rzuciła czapką prosto w twarz byłej krewnej.
Czapka uderzyła Verę Nikołajewnę w nos i spadła na brudny beton. Teściowa otworzyła usta, żeby wyrzucić z siebie nową porcję przekleństw, ale Irina nie dała jej szansy.
Zobaczyła w oczach tej kobiety to, co chciała zobaczyć. Zrozumienie. Zrozumienie, że koryto zostało zamknięte. Na zawsze. Że nie będzie już uprzejmych uśmiechów, herbaty w kuchni i przelewów na kartę „z dobroci serca”.
Irina chwyciła klamkę ciężkich drzwi wejściowych.
– Proszę zapomnieć ten adres, Vero Nikołajewno. I synowi przekazać: jeśli jeszcze raz pojawi się na moim progu, spuszczę go ze schodów dokładnie tak samo. A teraz wynocha.
Teściowa, w końcu obuta, wyprostowała się i poprawiła przekrzywiony płaszcz. Chciała coś krzyknąć, nabrać powietrza do ostatniego ciosu, ale przed jej nosem z ogłuszającym hukiem zatrzasnęły się żelazne drzwi.
Metal uderzył o metal, a echo rozniosło się po całej klatce, stawiając grubą, ostateczną kropkę.
Kliknął zamek. Jeden obrót, drugi. Potem nocna zasuwka.
Irina oparła czoło o chłodną powierzchnię drzwi. Serce waliło jej gdzieś w gardle, ręce drobno drżały, ale to było drżenie uwolnienia. Powoli osunęła się w dół i przykucnęła prosto na podłodze przedpokoju, pośród porozrzucanych rzeczy i błota zostawionego przez buty teściowej.
W mieszkaniu panowała absolutna cisza. Nikt już nie żądał pieniędzy. Nikt nie obwiniał jej za sukces. Nikt nie próbował wywołać w niej poczucia winy.
Irina spojrzała na zniszczoną torbę, na jedwabną bluzkę leżącą na kanapie, na brudne ślady na włoskich płytkach. To wszystko można było umyć, naprawić albo wyrzucić.
Najważniejsze, że śmieci już wyniosła.
Te najważniejsze. Toksyczne śmieci swojego życia.
Podniosła się, czując w ciele dziwną lekkość. Podeszła do lustra i poprawiła potargane włosy. Z odbicia patrzyła na nią zmęczona, ale całkowicie spokojna kobieta.
Irina wciągnęła powietrze głęboko do płuc. Było czyste. Na zawsze odcięła tej chciwej rodzince drogę do swojego portfela i swojej duszy.
I po raz pierwszy od pół roku poczuła, że naprawdę jest u siebie.
