W klatce schodowej pachniało kotami i cudzymi kotletami. Nadia szybko wbiegała po schodach, w głowie krążyła myśl o niedokończonym raporcie i zapchanym sedesie. Dzień nie ułożył się od rana, a teraz do tego jeszcze ten zapach. Nadia usłyszała znajomy skrzyp zawiasów. Drzwi jej mieszkania — tego samego, które po rozwodzie stało się jej jedynym schronieniem — były otwarte na oścież. Zamarła.
— Nadia, to ty, nareszcie! — głos z głębi mieszkania brzmiał tak, jakby gospodyni dawno się zmieniła. Głos teściowej, Walentyny Pietrowny.
Nadia stanęła w progu. Walentyna Pietrowna siedziała w jej ulubionym fotelu, rozwalona jak na tronie. Obok na stoliku kawowym, który Nadia wywalczyła u Miszy razem z fotelem, stała jej najlepsza filiżanka z ukruszonym brzegiem. Z filiżanki, sądząc po zapachu, unosił się mocny, teściowej herbata z bergamotką. Ale nie to uderzyło Nadię. Na podłodze, tuż przy wejściu do sypialni, stały worki podróżne i torby, wyraźnie wypchane po brzegi.
— Co to jest? — wykrztusiła Nadia, wskazując na bagaż. Głos jej nie słuchał, był obcy, cienki.
Walentyna Pietrowna łyknęła herbaty, nawet nie drgnąwszy. Spojrzenie miała spokojne, wręcz pogodne, jak kot, który właśnie połknął kanarka.
— A, to rzeczy — teściowa machnęła ręką, jakby odpędzała natrętną muchę. — Moje. Przeprowadzam się, Nadieńka. Gdzie mam, staruszka, sama kukać? Misza zupełnie o mnie zapomniał, ma swoje życie, widzisz, a ty przecież nie jesteś obca.
Nadia poczuła, jak ziemia usuwa się jej spod nóg. Przeprowadza się? Dokąd? Do jej mieszkania?
— Walentyno Pietrowno, czy pani jest przy zdrowych zmysłach? To moje mieszkanie! — słowa padały jak kule, ale teściowa nawet nie drgnęła.
— Twoje, twoje — dobrodusznie skinęła Walentyna Pietrowna. — Ale przecież ja pomogłam ci je kupić, Nadieńka. Zapomniałaś o tamtym wkładzie własnym? Wtedy przecież ostatnie grosze zaniosłam do banku, prawda?
Nadia wzięła głęboki oddech. Wkład własny, dziesięć lat temu. Kiedy ona i Misza dopiero się pobrali, Walentyna Pietrowna rzeczywiście pomogła. Ale te pieniądze potem długo i z procentami były spłacane w postaci nieustannych próśb, nieskończonych usług i presji moralnej. A kwotę zwróciła jej trzykrotnie.
— Walentyno Pietrowno, to było dawno temu i wszystko pani oddałam z nawiązką. Jestem tu zameldowana, płacę podatki, czynsz!
— No co ty, co ty — teściowa wstała, poprawiła fałdy na swojej kolorowej bluzie. — A kto ci mieszkanie wybierał? Kto z tobą po tych zapyziałych chruszczowowskich klatkach latał? Kto namawiał Miszę na tę dzielnicę? Ja, Nadieńka, ja! I tapety ci pomagałam kleić, i firanki wieszałam, odciski do dziś na rękach nie zeszły. Czy to się nie liczy?
Nadia nagle zobaczyła w kącie salonu swoją starą walizkę. Tę samą, z którą wyjeżdżała z domu rodziców. Była otwarta, a wystawały z niej pogniecione rzeczy.
— Po co pani rusza moje rzeczy?! — Nadia podeszła do walizki, ręce jej drżały.
— A gdzie ja mam swoje rzeczy podziać? — Walentyna Pietrowna wzruszyła ramionami, a w jej oczach błysnął drapieżny uśmieszek. — Miejsca nie ma, więc uznałam, że chyba i tak przeprowadzasz się. Podobno czeka cię awans, większe mieszkanie, więc świetnie, a mnie to akurat będzie pasować.
— Nie zamierzam się nigdzie wyprowadzać! — Nadia poczuła, jak wszystko w niej ściska się w ciasny supeł. — To moje mieszkanie! Nie ma pani prawa tu przebywać! Nie ma pani prawa ruszać moich rzeczy!
— A ty, Nadieńka, czy masz prawo tak mówić do starszych? — głos teściowej stał się słodki, ale zabrzmiała w nim stal. — Ja cię wychowałam, można rzec, umyłam, wykarmiłam, gdy poznałaś Miszę, byłaś chuda jak patyk. Dawałam ci najlepsze przepisy na barszcz, żeby mąż na bok nie patrzył, a ty teraz mnie jak bezdomnego psa wyganiasz! Niewdzięcznico!
Te słowa były jak policzek. Nadia poczuła znajomy ból, który zawsze przychodził, gdy teściowa zaczynała grać na poczuciu winy.
— Walentyno Pietrowno, proszę wyjść — Nadia starała się mówić spokojnie, ale głos jej drżał. — Teraz. I zabrać swoje rzeczy.
— Nie wyjdę! — Walentyna Pietrowna nagle wyprostowała się, a jej twarz stała się twarda. — Będę tu mieszkać! Zresztą prawnik mi powiedział, że mam prawo. Wnosiłam pieniądze, to inwestycja. A ty teraz chcesz mnie oszukać i na stare lata bez dachu nad głową zostawić?
Nadia wyjęła telefon.
— Dzwonię na policję.
— Dzwoń! — zaśmiała się złośliwie teściowa. — Ja też mam świadków — sąsiadki. Powiedziałam im, że wyganiasz mnie z domu, choć oddałam ci całe życie. Wszystko potwierdzą!
W tym momencie w przedpokoju rozległ się dzwonek. Nadia podeszła do drzwi, mając nadzieję, że to Misza i że chociaż coś zrobi. Ale w progu stała Maria Siemionowna, sąsiadka z parteru, ze współczującą miną i bukietem tulipanów.
— Nadieńka, kochana — zaczęła Maria Siemionowna, patrząc na worki i Walentynę Pietrownę. — Jak mogłaś tak dobrą kobietę wyrzucić na ulicę? Przecież ona tyle dla was zrobiła. Pamiętam, jak przyniosła wam to mieszkanie na tacy!
— Mario Siemionowno, to moja własność prywatna! — Nadia poczuła się osaczona.
— Własność, własność — mruknęła Walentyna Pietrowna. — A sumienie gdzie?
Sąsiadka jeszcze chwilę pojęczała, pokręciła głową, oddała Nadii bukiet i powoli odeszła. Walentyna Pietrowna z zadowolonym uśmiechem wróciła do fotela.
— No i co? Teraz rozumiesz, że nikt ci nie uwierzy. Zostaję. I nie waż się podawać mi jedzenia o stałych porach, nie jestem psem. I światła w moim pokoju nie waż się gasić.
Nadia stała na środku salonu, patrząc na obce torby i zadowoloną twarz teściowej. Miała ochotę krzyczeć, coś rozbić, ale tylko zacisnęła pięści. Ciche, spokojne życie, o którym marzyła, znów okazało się koszmarem.
Minął tydzień piekła. Nadia budziła się w zapachu teściowych kotletów smażących się na jej patelni. Zasypiała przy głośnym buczeniu telewizora, który Walentyna Pietrowna włączała na cały regulator. Jedzenie z lodówki znikało z niesamowitą prędkością. Nadia wracała do domu jak na pole minowe, bojąc się każdego szelestu.
Pewnego wieczoru zastała Walentynę Pietrownę w swojej sypialni. Teściowa przymierzała jej nową, jeszcze nie noszoną, różową koszulę nocną z koronkami.
— Nadieńka — Walentyna Pietrowna odwróciła się, wcale nie zmieszana. — Tobie za duża, a mnie w sam raz. Wezmę ją sobie, dobrze?
Ostatnia kropla. Nadia poczuła, jak w środku podnosi się fala czystej, niepohamowanej wściekłości.
— Proszę natychmiast wyjść z mojego pokoju! — głos Nadii był niski, prawie zwierzęcy. Walentyna Pietrowna po raz pierwszy zobaczyła ją w takim stanie, jej oczy się rozszerzyły.
— Ty chyba oszalałaś? — wyjąkała teściowa, ale szybko zdjęła koszulę.
— To moje terytorium! — Nadia zrobiła krok naprzód. — Mój pokój, moje rzeczy! Zabraniam pani dotykać moich rzeczy! Zabraniam pani w ogóle przebywać w tym mieszkaniu! Jest pani złodziejką, zaborczynią! I wyniesie się pani stąd natychmiast, albo przysięgam, znajdę sposób, żeby uprzykrzyć pani życie!
Walentyna Pietrowna odskoczyła. Wściekłość w oczach Nadii była autentyczna. Teściowa chwyciła swoją koszulę i wybiegła z pokoju.
— A więc wypowiedziałaś wojnę? — krzyknęła z salonu. — No, zobaczymy! Pożałujesz!
Drzwi wejściowe trzasnęły tak mocno, że posypał się tynk.
Nadia stała na środku swojej sypialni, ciężko oddychając. Trzęsła się. Ale po raz pierwszy od tego tygodnia poczuła nie strach, tylko dziką, pierwotną siłę. „Dość” — pomyślała. „Dość tego znoszenia”.
Następnego ranka Nadia wzięła urlop. Obrzędziła wszystkich prawników, których znała. Większość mówiła, że sprawa jest skomplikowana — bez pisemnych umów o zwrocie wkładu własnego. Ale jeden młody adwokat, Cyryl, wysłuchawszy jej historii, nagle zapytał:
— Ma pani świadków, że mówiła, iż zwróciła pani pieniądze? Albo jakieś wiadomości?
Nadia przypomniała sobie o SMS-ach z lat. Jak prosiła Walentynę Pietrownę o numer konta do przelewu, jak ta odpowiadała: „Nie trzeba, Nadieńka, nie jestem obca. Jak będzie trzeba, to sama powiem”. Ale Nadia i tak przelewała na kartę Miszy, który potem przekazywał je matce, bo Walentyna Pietrowna kategorycznie odmawiała podania swoich danych. Miała zrzuty ekranu, wyciągi bankowe. Przelewała nie raz, nie dwa, ale wiele razy.
