– Walera, masz gości! – krzyknęła Irina, słysząc dzwonek do drzwi w sobotni poranek.
Dopiero co usiadła do sprawdzania prac kontrolnych swoich ósmoklasistów, rozkładając zeszyty na kuchennym stole. Jutro niedziela, a w poniedziałek musi oddać raport z postępów. Obok leżał stos niesprawdzonych zeszytów, który zdawał się nie zmniejszać, niezależnie od tego, ile Irina pracowała.
Dzwonek powtórzył się, bardziej natarczywie. Irina westchnęła, odłożyła czerwony długopis i poszła otworzyć. Na progu stali Galina Pietrowna, teściowa Iriny, jej córka Natalia z mężem Siergiejem i ich piętnastoletnia córka Dasza.
– Niespodzianka! – zawołała Galina Pietrowna, uśmiechając się szeroko. – Przejeżdżaliśmy obok i postanowiliśmy wpaść na obiad!
Irina w milczeniu usunęła się z drogi, wpuszczając gości do mieszkania. „Przejeżdżaliśmy obok” – to standardowe zdanie, które słyszała już dziesiątki razy w ciągu pięciu lat małżeństwa z Walerą. Z jakiegoś powodu krewni męża nigdy nie dzwonili wcześniej, woląc „przypadkowo znaleźć się w pobliżu” akurat w porze obiadu.
– Walera jest pod prysznicem – powiedziała Irina, gdy wszyscy weszli do przedpokoju. – Proszę przejść do salonu, zaraz wyjdzie.
– A co dziś na obiad, Iroczko? – zainteresowała się Galina Pietrowna, zdejmując płaszcz. – Mam nadzieję, że coś smacznego? Tak zgłodnieliśmy w drodze!
Irina wzięła głęboki oddech, odliczyła do trzech i powoli wypuściła powietrze.
– Nie, nie będę dla was gotować. Jeśli chcecie, mogę nalać wody – powiedziała spokojnie do krewnych męża, którzy znowu zjawili się bez zapowiedzi.
W przedpokoju zapadła ogłuszająca cisza. Galina Pietrowna zamarła z lekko otwartymi ustami. Natalia mrugnęła kilkakrotnie, jakby nie dosłyszała. Jej mąż Siergiej nagle zainteresował się wzorem na tapecie, a Dasza schowała uśmiech za telefonem.
Z łazienki wyszedł Walera, wycierając włosy ręcznikiem.
– O, mamo! Natasza! – ucieszył się, ale natychmiast zauważył napięcie. – Coś się stało?
– Twoja żona odmawia nas nakarmienia – powiedziała lodowatym tonem Galina Pietrowna. – Mówi, że może tylko nalać nam wody.
Walera spojrzał na Irinę z oszołomieniem:
– Iro, co ty? To przecież moja rodzina przyszła w gości.
– Bez zapowiedzi – odpowiedziała spokojnie Irina. – Trzeci raz w miesiącu. Pracuję, mam zaległości z zeszytami i raportami. Nie mam czasu, żeby wszystko przygotować.
– Ale oni są głodni! – oburzył się Walera.
– Po drodze jest mnóstwo kawiarni – wzruszyła ramionami Irina. – Albo można było zadzwonić wcześniej, przygotowałabym się.
– Oto jak traktuje się rodzinę w tym domu – powiedziała głośno Galina Pietrowna, zwracając się do córki. – Nataszeńka, ty byś nigdy tak nie zrobiła.
– Mamo, nie zaczynajmy – powiedział niespodziewanie Walera. – Może rzeczywiście warto było najpierw zadzwonić?
Galina Pietrowna spojrzała na syna tak, jakby zdradził ojczyznę.
– Czyli teraz mam się umawiać na wizytę u własnego syna? – jej głos drżał z obrazy. – Wychodzimy. Nie będziemy przeszkadzać w waszym… zabieganym życiu.
– Poczekajcie – Walera spróbował zatrzymać matkę, ale Galina Pietrowna już zdecydowanie skierowała się do wyjścia, pociągając za sobą Natalię. Siergiej z Daszą wymienili spojrzenia i podążyli za nimi.
Gdy drzwi za krewnymi się zamknęły, w mieszkaniu zapanowała przygniatająca cisza.
– Teraz jesteś zadowolona? – Walera odwrócił się do Iriny, krzyżując ręce na piersi.
– Nie, nie jestem zadowolona – odpowiedziała. – Mam dość bycia całodobową stołówką dla twoich krewnych. Przychodzą, kiedy im się podoba, i oczekują, że wszystko rzucę i pobiegnę gotować.
– Po prostu chcieli nas odwiedzić! – podniósł głos Walera.
– Chcieli, żeby ich nakarmić – odparowała Irina. – I dlaczego zawsze to ja mam to robić? Dlaczego nie ty?
– Bo jesteś kobietą! – wybuchnął Walera i natychmiast się uciął, zdając sobie sprawę, co powiedział.
Irina zaśmiała się gorzko:
– Oto cała prawda. Jestem dla waszej rodziny tylko personelem obsługi. Kucharką, sprzątaczką, kelnerką.
– Nie to miałem na myśli – wymamrotał Walera.
– Właśnie to – Irina wróciła do kuchni i swoich zeszytów. – Jestem nauczycielką matematyki. Mam swoją pracę, którą muszę wykonać. I nie mam obowiązku rzucać wszystkiego za każdym razem, gdy twojej matce zachce się posiedzieć przy nakrytym stole.
Walera patrzył na nią przez kilka sekund, po czym chwycił kurtkę:
– Jadę do mamy. Muszę ją uspokoić po twoim… wybryku.
– Oczywiście, jedź – skinęła Irina, nie podnosząc głowy znad zeszytów. – Tylko nie zapomnij przeprosić ją za moje zachowanie.
Drzwi trzasnęły tak mocno, że zabrzęczały szyby.
Wieczorem Walera nie wrócił. Nie przyszedł też następnego dnia. W poniedziałek rano, gdy Irina szykowała się do pracy, zadzwonił telefon. To była Maryna, koleżanka ze szkoły.
– Iro, wszystko w porządku? – zapytała zaniepokojonym głosem.
– Tak, a co się stało?
– Do dyrektorki dzwoniła jakaś kobieta, mówiła, że jesteś złą żoną i niegodną pracy z dziećmi. Że wyrzuciłaś krewnych męża z domu głodnych i bez wody.
Irina osunęła się na krzesło. Nie mogła uwierzyć własnym uszom.
– To była moja teściowa – powiedziała cicho. – Nie martw się, wszystko wyjaśnię dyrektorce.
– Nie przejmuj się – uspokoiła ją Maryna. – Anna Siergiejewna powiedziała, że nie interesują jej rodzinne sprzeczki pracowników, jeśli nie wpływają na pracę. Chciałam cię tylko ostrzec.
Po lekcjach Irina szła powoli do domu, rozmyślając o tym, co ją czeka. Walera nie odbierał telefonów przez cały weekend. Czy naprawdę z powodu jednej odmowy gotowania może rozpaść się pięcioletnie małżeństwo?
W domu było cicho i pusto. Irina sprawdziła telefon – ani jednej wiadomości od męża. Wybrała jego numer, ale trafiła na pocztę głosową. Postanowiła zająć się czymś pożytecznym – zaczęła porządkować kuchenne szafki, co od dawna zbierała się zrobić, ale nigdy nie miała czasu.
Ktoś zadzwonił do drzwi. Serce Iriny podskoczyło – może Walera wrócił? Ale na progu stała sąsiadka, Zinaida Wasiljewna.
– Iroczko, wszystko w porządku? – zapytała starsza kobieta. – Widziałam, jak twój Walera z walizką wychodził w sobotę. Pokłóciliście się?
– Wszystko w porządku, Zinaido Wasiljewna – odpowiedziała uprzejmie Irina. – Tylko małe nieporozumienie.
– Przez teściową, tak? – zapytała niespodziewanie sąsiadka i widząc zdziwienie Iriny, dodała: – Widziałam jej samochód pod klatką. Często u was bywa.
– Tak, dość często – westchnęła Irina.
– I zawsze bez zapowiedzi, żebyś nie zdążyła się przygotować? – zapytała ze zrozumieniem Zinaida Wasiljewna. – A potem krytykuje twoje jedzenie i porządek w domu?
Irina spojrzała na sąsiadkę z oszołomieniem:
– Skąd pani…?
– Miałam taką samą teściową – uśmiechnęła się starsza pani. – Tylne wtedy czasy były inne. Znosiłam to trzydzieści lat, aż mój Pietia… odszedł. A ty dobrze robisz, że od razu pokazujesz charakter.
– I co, pani mąż też uciekał do matki? – zapytała z nadzieją Irina.
– Oczywiście! – zaśmiała się Zinaida Wasiljewna. – Trzy razy w ciągu naszego życia. Ale zawsze wracał. Gdzie miał się podziać? Najważniejsze, nie poddawaj się. Swoje zasady trzeba ustalać od razu, bo potem będzie za późno.
Po rozmowie z sąsiadką Irina poczuła się lepiej. Przynajmniej nie jest sama, jeśli chodzi o przeciwstawianie się rodzinnym tradycjom.
We wtorek wieczorem ktoś znów zadzwonił do drzwi. Tym razem to był Walera. Wyglądał na wymiętego i zmęczonego.
– Przyszedłem po rzeczy – powiedział, wchodząc do mieszkania. – Zamieszkam na razie u mamy.
– Mówisz poważnie? – Irina nie mogła uwierzyć. – Przez to, że raz nie nakarmiłam twoich krewnych?
– Nie o to chodzi – Walera zaczął pakować rzeczy z szafy. – Obraziłaś moją rodzinę. Mama mówi, że nie szanujesz naszych tradycji i…
– Twoja mama? – przerwała mu Irina. – Jesteś dorosłym mężczyzną, Walera. Masz własną głowę na karku. Nie widzisz, że tobą manipuluje?
– Nie mów tak o mojej matce! – wybuchnął Walera. – Zawsze pragnęła dla mnie tylko dobra!
– A telefon do mojej dyrektorki to też dobro? – zapytała cicho Irina.
Walera zamarł:
– Jaki telefon?
– Twoja matka zadzwoniła do szkoły i naopowiadała o mnie niestworzonych rzeczy. Chciała, żeby mnie zwolnili.
– Niemożliwe – wymamrotał zaskoczony Walera. – Ona by nie…
– Zapytaj ją sam – wzruszyła ramionami Irina. – Tyle że raczej się nie przyzna.
W tym momencie ktoś znów zadzwonił do drzwi. Irina otworzyła i zobaczyła wysokiego, siwego mężczyznę około sześćdziesiątki.
– Dobry wieczór – powiedział nieznajomy. – Szukam Walery Nikołajewicza Sokołowa. To tutaj?
– Tato? – Walera wyjrzał z sypialni, nie wierząc własnym oczom. – Co ty tu robisz?
– Przyjechałem zobaczyć, co za bigos ugotowała twoja matka – odpowiedział spokojnie mężczyzna. – Mogę wejść?
Irina usunęła się z drogi, wpuszczając teścia do mieszkania. Nigdy wcześniej nie widziała ojca Walery. Wiedziała tylko, że rodzice męża rozwiedli się, gdy miał dwanaście lat, i od tamtej pory Mikołaj Iwanowicz mieszkał w innym mieście.
– Nazywam się Mikołaj – przedstawił się mężczyzna, podając Irinie rękę. – Przepraszam, że bez zapowiedzi, ale widzę, że to u nas rodzinna tradycja.
W jego oczach błysnęły figlarne iskierki, a Irina mimowolnie się uśmiechnęła.
– Skąd wiedziałeś, co się dzieje? – Walera wciąż wyglądał na oszołomionego.
– Natasza zadzwoniła – odpowiedział Mikołaj Iwanowicz. – Powiedziała, że rozgrywa się u was rodzinny dramat, a matka zamierza cię ratować przed „złą żoną”. Postanowiłem sprawdzić, o co chodzi.
– I przyjechałeś z innego miasta? – zapytał z niedowierzaniem Walera.
– Wróciłem już rok temu – odpowiedział spokojnie ojciec. – Pracuję w firmie budowlanej jako konsultant. Po prostu nie chciałem ingerować w twoje życie, synu. Myślałem, że sam zadzwonisz, gdy będziesz gotowy.
Usiedli w salonie. Mikołaj Iwanowicz z zainteresowaniem rozglądał się dookoła.
– Ładnie tu u was, przytulnie – zauważył. – A teraz opowiedzcie, co się stało?
Irina i Walera zaczęli mówić jednocześnie, po czym się zatrzymali.
– Po kolei – zaproponował Mikołaj Iwanowicz. – Irino, niech pani zacznie.
Irina opowiedziała o tym, jak krewni męża przychodzą bez zapowiedzi, zawsze w porze obiadu, i oczekują, że będzie ich karmić, mimo swojej pracy. Jak teściowa krytykuje jej umiejętności gospodarskie i uczy, jak prawidłowo prowadzić dom. I jak ostatnim razem po prostu nie wytrzymała i odmówiła gotowania.
– A teraz ty, synu – Mikołaj Iwanowicz zwrócił się do Walery.
– Mama mówi, że Ira nie szanuje naszej rodziny – zaczął Walera. – Że jest złą gospodynią i nie dba o męża. Że jeśli nie przeprosi wszystkich, lepiej, żebyśmy się rozstali.
Mikołaj Iwanowicz westchnął ciężko.
– I ty oczywiście stanąłeś po stronie matki – to nie było pytanie, tylko stwierdzenie. – Jak zawsze.
– A co miałem zrobić? – oburzył się Walera. – Ira zrobiła mamie przykrość!
– Nie zrobiła jej przykrości – zaprzeczył spokojnie ojciec. – Odmówiła spełnienia żądania, które uważa za niesprawiedliwe. To różnica.
– Czy nie wydaje ci się dziwne, że twoja matka dzwoni do pracy twojej żony? – kontynuował Mikołaj Iwanowicz. – Że nastawia cię przeciwko Irinie i żąda rozwodu z powodu jednego niepodanego obiadu?
Walera milczał, patrząc w podłogę.
Ciąg dalszy artykułu znajduje się na następnej stronie Reklama
