Etap 1. Niebieska torba przy drzwiach
Kiedy wróciłam do przedpokoju z wypchaną sportową torbą, żadne z nich nawet nie zaczęło się ubierać.
Tamara Anatoljewna siedziała na kanapie z wyciągniętą szyją, jakby spodziewała się, że za chwilę pojawi się lekarz i oficjalnie potwierdzi moje chwilowe szaleństwo.
Alla nadal trzymała widelec z niedojedzonym kawałkiem kurczaka.
Dima patrzył w talerz tak intensywnie, jakby próbował stać się częścią kuchennej zabudowy i zniknąć z całej sytuacji.
Wiktor Siergiejewicz wreszcie zamknął moją książkę, ale zamiast odłożyć ją na miejsce, położył na podłokietniku fotela.
Stas stał pośrodku pokoju czerwony aż po uszy.
Postawiłam torbę obok drzwi wejściowych.
— Resztę rzeczy zabierzesz później. Najpierw zadzwonisz. Spakuję je i przekażę.
— Ty naprawdę jesteś chora? — zapytał cicho.
Mówił spokojnym głosem, ponieważ zawsze uważał, że właśnie taki ton świadczy o sile.
Kiedy się poznaliśmy, nawet mi się to podobało.
Myślałam wtedy: opanowany, rozsądny, spokojny mężczyzna.
Dopiero później zrozumiałam, że jego spokój trwał wyłącznie tak długo, jak długo był przekonany, że wszyscy zrobią dokładnie to, czego oczekuje.
— Nie, Stas. Właśnie wyzdrowiałam.
— Robisz całe przedstawienie przez jedno zdanie?
— Nie przez jedno zdanie.
— To przez co?
Spojrzałam na jego matkę.
Tamara Anatoljewna natychmiast uniosła podbródek.
— Przez to, że przyprowadziłeś do mojego mieszkania gości bez uprzedzenia. Przez to, że uważasz wydawanie mi poleceń za normalne. Przez to, że od pół roku żyjesz na mój koszt i nazywasz to wspólnym życiem. I przez to, że ślub jest ci potrzebny przede wszystkim po to, żeby ostatecznie się tutaj zadomowić.
— Oleńko — przeciągnęła Tamara Anatoljewna — bardzo nieładnie jest liczyć każdy kawałek chleba człowiekowi, za którego chciałaś wyjść.
— A człowiekowi, który chce się żenić, wypada już przed ślubem traktować cudze mieszkanie jak własne?
Otworzyła usta, ale nie odpowiedziała.
Stas zrobił krok w moją stronę.
— Teraz wszyscy się uspokoimy. Moi rodzice wyjdą. A my porozmawiamy.
— Nie. Wyjdziecie wszyscy.
— Nigdzie nie idę.
Wyjęłam telefon z kieszeni.
— W takim razie dzwonię na policję i informuję, że obca osoba odmawia opuszczenia mojego mieszkania.
Stas uśmiechnął się z niedowierzaniem.
— Obca? Narzeczony nagle jest obcy?
— Narzeczony był. Teraz jesteś byłym narzeczonym.
Alla gwałtownie odłożyła widelec.
— Odwołujesz ślub przez ziemniaki?
— Nie, Alla. Przez to, że wasz brat pomylił narzeczoną z darmową obsługą.
Tamara Anatoljewna wstała.
— Stasik, nie poniżaj się. Jedziemy. Niech posiedzi sama, przemyśli wszystko i jutro sama zadzwoni.
— Nie zadzwonię.
— Wszystkie tak mówią.
— Ja nie jestem wszystkimi.
Tamara Anatoljewna poszła do przedpokoju i zaczęła wkładać buty.
Alla ruszyła za nią, po drodze zabierając ze stołu butelkę wódki.
Wskazałam na nią.
— Proszę zostawić.
Alla znieruchomiała.
— Jest prawie pełna.
— Właśnie dlatego proszę ją zostawić.
— Ale jesteś drobiazgowa — prychnęła i postawiła butelkę na szafce tak gwałtownie, że szkło zadźwięczało.
Dima włożył kurtkę, wymamrotał coś w rodzaju: „No to my już pójdziemy” i jako pierwszy wymknął się za drzwi.
Wiktor Siergiejewicz zatrzymał się jeszcze w pokoju.
Spojrzał na syna, potem na mnie.
— Kobiety dzisiaj zrobiły się za bardzo samodzielne.
— A mężczyźni zdecydowanie za szybko się do tej samodzielności przyzwyczajają — odpowiedziałam.
Prychnął, włożył czapkę i wyszedł.
Został tylko Stas.
Etap 2. Klucze, których nie chciał oddać
Stał z rękami wsuniętymi do kieszeni dżinsów.
— Robisz ze mnie idiotę przed rodzicami.
— Ty zrobiłeś ze mnie służącą przed nimi.
— Powiedziałem tylko, żebyś pomogła z kolacją.
— Powiedziałeś: „Rusz się i nakarm moją rodzinę”.
— Źle to zabrzmiało. Każdemu czasem zdarza się powiedzieć coś nie tak.
— I każdemu czasem może się zdarzyć nagle zostać bez ślubu.
Stas nerwowo szarpnął zamek kurtki.
— Dobrze. Wyjdę na kilka godzin. Ty się uspokoisz i wrócę.
— Nie wrócisz. Zostaw klucze.
— Jakie klucze?
— Do mieszkania.
— Nie mam ich.
Bez słowa wyciągnęłam rękę.
— Ola, nie zaczynaj.
— Klucze.
— Zostawiłem je w pracy.
Wyjęłam telefon i zadzwoniłam do sąsiadki z piętra niżej.
— Marina Pawłowna? Dobry wieczór. Jest pani w domu? Proszę do mnie podejść. Potrzebuję świadka.
Stas patrzył na mnie jak osłupiały.
— Już całkiem zwariowałaś?
— Nie. Po prostu wiem, że później możesz powiedzieć, że zgubiłam twoje rzeczy, zabrałam dokumenty albo ukradłam pieniądze. Dlatego od tej chwili będzie świadek.
Minutę później rozległ się dzwonek.
Marina Pawłowna weszła w domowym szlafroku, na który narzuciła puchową kurtkę.
Miała sześćdziesiąt dwa lata, przez trzydzieści lat pracowała jako księgowa i potrafiła patrzeć na człowieka w taki sposób, jakby już wcześniej wykryła niedobór w kasie.
— Co się stało?
— Stas się wyprowadza. Proszę go o oddanie kluczy. Twierdzi, że ich nie ma.
Marina Pawłowna spojrzała na niego.
— Młody człowieku, proszę opróżnić kieszenie.
— A pani w ogóle kim jest?
— Świadkiem. Odda pan klucze i znowu będę tylko sąsiadką.
Stas wyjął z prawej kieszeni telefon, z lewej portfel.
Potem obmacał kurtkę.
Pęk kluczy znalazł się w wewnętrznej kieszeni.
Zacisnął go w dłoni.
— Są tam też kluczyki do samochodu.
— Zdejmij ten od mieszkania.
— Oddam później.
— Teraz.
Zaczął szarpać paznokciem metalowe kółko, zdjął jeden klucz i rzucił go na szafkę.
Podniosłam go.
— Drugi.
— Jaki drugi?
— Zrobiłeś duplikat. Sam mówiłeś, że jeden trzymasz w samochodzie, gdybyś zgubił podstawowy.
Zamilkł.
Marina Pawłowna przeniosła wzrok z niego na mnie.
— Czyli jest drugi.
Stas gwałtownie wypuścił powietrze.
— W samochodzie.
— Zejdziemy razem.
— Jutro ci oddam.
— Teraz, Stas.
— Co ty się tak uczepiłaś tych kluczy?!
— Bo to moje mieszkanie. I nie chcę obudzić się w środku nocy dlatego, że postanowisz wrócić i „dokończyć rozmowę”.
Marina Pawłowna dodała spokojnie:
— Albo oddaje pan klucz, albo dzwonimy po dzielnicowego. Proszę wybrać.
Stas chwycił torbę i wyszedł.
Poszłyśmy za nim.
Na podwórku Tamara Anatoljewna siedziała w ich starym kombi i demonstracyjnie patrzyła przez boczną szybę.
Alla z Dimą zdążyli już odjechać.
Wiktor Siergiejewicz palił przy wejściu.
Stas otworzył swoją „Grantę”, sięgnął do schowka i wyjął drugi klucz.
— Masz. Udław się swoim mieszkaniem.
Wzięłam go.
— Nie spłacałam hipoteki przez osiem lat po to, żeby się nim dławić.
Zatrzasnął drzwi samochodu.
— Będziesz żałować.
— Możliwe. Ale nie dzisiaj.
Odwróciłam się i poszłam do klatki schodowej.
Marina Pawłowna szła obok mnie.
Za plecami usłyszałam krzyk Tamary Anatoljewny:
— Stasik, nie rozmawiaj z nią! Jeszcze sama przyczołga się do ciebie!
Zatrzymałam się i odwróciłam.
— Tamaro Anatoljewno, proszę zabrać kurczaka. I tak był przygotowany dla pani syna.
Marina Pawłowna prychnęła tak głośno, że po raz pierwszy tego wieczoru naprawdę chciało mi się śmiać.
Etap 3. Nocny przegląd
Kiedy wróciłam do mieszkania, najpierw zamknęłam drzwi.
Potem obeszłam wszystkie pokoje, patrząc na nie tak, jakby wróciła po długiej podróży służbowej.
Na stole stały brudne talerze.
Ziemniaki wystygły.
Pled na fotelu był zgnieciony.
Książka leżała nie na swoim miejscu.
Na kuchennym fartuchu, który Alla wcześniej nazwała staromodnym, zostały tłuste ślady.
Zebrałam naczynia i odkręciłam gorącą wodę.
Marina Pawłowna nie wyszła.
Usiadła przy stole.
— Masz herbatę?
— Mam.
— To nastaw czajnik. Teraz nie powinnaś zostawać sama ze swoimi myślami.
Nalałam wodę.
— Może rzeczywiście zareagowałam za ostro?
— Ostro byłoby wtedy, gdybyś wyrzuciła jego rzeczy z balkonu. A ty nawet spakowałaś je do torby.
— Będzie wszystkim opowiadał, że jestem nienormalna.
— Oczywiście. Jego matka też. Siostra dorzuci szczegóły. Do poniedziałku będziesz skąpą histeryczką, która wyrzuciła biednego mężczyznę z domu przez kawałek kurczaka.
— I co mam zrobić?
— Nic. Rozsądni ludzie zapytają o twoją wersję. Głupim nie warto tłumaczyć.
Czajnik kliknął.
Wyjęłam dwa kubki.
— Widziałam to wszystko wcześniej, Marina Pawłowna. Tylko za każdym razem znajdowałam usprawiedliwienie. Nie zapłacił za rachunki — bo ma kredyt na samochód. Nie kupił jedzenia — bo zmęczył się w pracy. Nie pomógł przy remoncie — bo się nie zna. Jego matka wtrąca się do naszego życia — bo martwi się o syna.
— Bo chciałaś mieć rodzinę.
— Chciałam.
— I nadal chcesz. Tylko rodzinę, a nie internat imienia Tamary Anatoljewny.
Uśmiechnęłam się.
Po herbacie Marina Pawłowna poszła do siebie.
Ja kontynuowałam przegląd.
W łazience znalazłam szczoteczkę Stasa.
W sypialni jego domowe spodnie za kaloryferem.
W szafce pod telewizorem dokumenty samochodu i teczkę z rachunkami.
Wszystko trafiło do jednego pudła.
Potem otworzyłam aplikację bankową.
W ciągu ostatnich sześciu miesięcy Stas przelał mi pieniądze cztery razy.
Tysiąc rubli na dostawę jedzenia.
Dwa tysiące „do wypłaty”.
Pięćset rubli za taksówkę.
I trzy tysiące po tym, jak opłaciłam remont jego samochodu.
Trzy tysiące z dwudziestu siedmiu.
Za to w drugą stronę zobaczyłam wiele regularnych przelewów.
Na benzynę.
Na ubezpieczenie.
Na prezent dla jego ojca.
Na nowy akumulator.
Na zaliczkę dla fotografa weselnego.
Usiadłam na łóżku.
Liczby były bardziej nieprzyjemne niż każda kłótnia.
Nie krzyczały.
Nie usprawiedliwiały się.
Nie zapewniały o miłości.
Po prostu pokazywały, jak wyglądała rzeczywistość.
Przez pół roku wydałam na Stasa prawie dwieście tysięcy rubli.
Dodatkowe sto osiemdziesiąt tysięcy wpłaciłam jako przedpłaty związane ze ślubem.
Etap 4. Ślub, którego już nie będzie
Rano obudziły mnie nieustanne wibracje telefonu.
Siedemnaście nieodebranych połączeń od Stasa.
Dziewięć od Tamary Anatoljewny.
Trzy od Alli.
Wiadomości przychodziły jedna za drugą:
„Przesadziłaś”.
„Nie kompromituj nas przed ludźmi”.
„Restauracja jest już zarezerwowana”.
„Stas nie spał całą noc”.
„Mężczyzna powinien być gospodarzem domu”.
Ostatnią wiadomość wysłała Tamara Anatoljewna.
Przeczytałam ją dwa razy.
Potem odpowiedziałam:
„We własnym domu — powinien”.
Następnie zadzwoniłam do restauracji.
— Dzień dobry. Mamy zarezerwowany bankiet na dwudziesty ósmy. Na nazwisko Olga Woroncowa.
— Tak, widzę. Przyjęcie weselne, czterdziestu dwóch gości.
— Chcę anulować rezerwację.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Całkowicie?
— Całkowicie.
— Wpłacili państwo sto dwadzieścia tysięcy. Zgodnie z umową przy rezygnacji miesiąc wcześniej zwracamy osiemdziesiąt procent.
— Proszę zwrócić.
— Powód rezygnacji?
— Pan młody został bez panny młodej.
Kobieta zakaszlała.
— Rozumiem. Oświadczenie można podpisać dzisiaj.
Następnie zadzwoniłam do fotografa, prowadzącego i dekoratora.
Część przedpłat przepadła.
Część udało się odzyskać.
Suknia ślubna była już dopasowana do mojej sylwetki, więc salon odmówił zwrotu.
Po południu pojechałam ją odebrać.
Sprzedawczyni od razu mnie rozpoznała.
— Olga, przecież za tydzień miała pani przymiarkę.
— Ślubu nie będzie.
Spojrzała na mnie z zawodowym współczuciem.
— Narzeczony się rozmyślił?
— Narzeczona.
Zabrałam suknię do domu.
Biała, droga, z zakrytymi ramionami i długą spódnicą.
Powiesiłam ją na drzwiach szafy i długo patrzyłam.
Co dziwne, nie chciało mi się płakać.
Nie było mi żal samego ślubu.
Żal było mi siebie sprzed kilku miesięcy.
Tej wersji mnie, która przez pół roku przekonywała samą siebie, że miłość oznacza przede wszystkim cierpliwość.
Wieczorem zadzwoniła moja przyjaciółka Lena.
— Ola, Alla do mnie napisała. Pytała, czy wiem, co się stało z twoją głową.
— I co odpowiedziałaś?
— Że z głową masz wszystko w porządku, dlatego właśnie ślubu nie będzie.
Roześmiałam się.
— Dziękuję.
— Zaraz przyjadę.
— Nie trzeba.
— Nie pytam o zgodę.
Czterdzieści minut później pojawiła się z pizzą, butelką wina i rolką dużych worków na śmieci.
— Po co worki?
— Wyrzucać wspólną przyszłość.
Pozbyłyśmy się dwóch identycznych szlafroków podarowanych przez Tamarę Anatoljewnę.
Magnesu z napisem „Rodzina Stasika”.
Zaproszeń ślubnych.
I kubka z napisem:
„Mąż zawsze ma rację”.
Lena rozbiła kubek młotkiem wewnątrz worka.
— Dla pewności — wyjaśniła.
Etap 5. Tajny plan Tamary Anatoljewny
Następnego dnia Stas pojawił się w mojej pracy.
Pracowałam jako inżynier w firmie serwisowej.
Mieliśmy niewielkie biuro na drugim piętrze, system przepustek oraz ochroniarza Pietrowicza, który znał wszystkich pracowników z twarzy.
Stas stał przy bramce z bukietem pięciu czerwonych róż.
— Ol, porozmawiamy?
— Mów tutaj.
— Może bez publiczności?
Pietrowicz natychmiast zrobił minę człowieka niezwykle zainteresowanego monitorem.
— Przyszedłem przeprosić — powiedział Stas. — Byłem nie w porządku. Poniosło mnie.
— Nie poniosło cię. Pokazałeś, jak wyobrażasz sobie nasze wspólne życie.
— Co niby takiego pokazałem?
— Że twoja rodzina może przychodzić kiedy chce, a ja mam ich obsługiwać.
— To był jeden wieczór.
— Jeden bardzo pokazowy wieczór.
Wyciągnął bukiet.
Nie wzięłam go.
— Mama też to przeżywa. Jest gotowa o wszystkim zapomnieć.
— Niezwykle wielkoduszne z jej strony.
— Ola, bez sarkazmu. Ślub jest za miesiąc. Goście są zaproszeni. Rodzina kupiła bilety. Wyobrażasz sobie, co się stanie?
— Wyobrażam. Oddadzą bilety.
— A restauracja?
— Odwołałam.
Stas pobladł.
— Co?
— Wczoraj.
— Nie miałaś prawa!
— Umowa była na mnie. Ja płaciłam. Miałam prawo.
— Umawialiśmy się po połowie!
— Wpłaciłeś swoją połowę?
Ścisnął bukiet.
— Miałem zapłacić po wypłacie.
— Czekam już od trzeciej wypłaty.
— Mama chciała pomóc.
— Nie chciała. Chciała podczas wesela ogłosić, że daje nam pieniądze na remont pokoju dziecięcego, a potem zamieszkać w nim podczas swojego leczenia.
Stas drgnął.
Zauważyłam to.
— Czyli to prawda?
— Kto ci powiedział?
— Ty. Właśnie teraz.
Odwrócił wzrok.
— Mama ma problemy ze stawami. Musi przejść badania w mieście. Potrzebowałaby dwóch, może trzech tygodni.
— W moim mieszkaniu.
— W naszym.
— W moim.
— Po ślubie wszystko jest wspólne.
— Mieszkanie kupione przed ślubem nie staje się wspólne tylko dlatego, że ktoś założy obrączkę.
— Mama mówiła, że później można będzie przepisać udział.
Wtedy wszystko stało się jeszcze bardziej jasne.
— Teraz już naprawdę rozumiem.
Stas znowu na mnie spojrzał.
— Ola, wszystko przekręcasz. Planowaliśmy rodzinę.
— Nie. Wy planowaliście nieruchomość.
— Pleciesz bzdury.
— Możliwe. Ale mieszkanie i tak zostaje moje.
Nacisnęłam przycisk bramki.
— Pietrowicz, proszę więcej nie wpuszczać tego człowieka.
Ochroniarz skinął głową.
Stas wrzucił bukiet do kosza i wyszedł.
Pietrowicz spojrzał na róże.
— Szkoda kwiatów.
— Niech pan wyjmie i da żonie.
Wyciągnął bukiet i uśmiechnął się.
— Przynajmniej jakiś pożytek z pani byłego.
