„Będę z młodszą kobietą!” – oznajmił sześćdziesięciopięcioletni dziadek, próbując wcisnąć do walizki kratę, która wyraźnie stawiała opór.
Witalij Pietrowicz powiedział to tak, jakby zapowiadał misję na Marsa albo odkrycie nowego kontynentu. Głośno, przenikliwym głosem, licząc na efekt eksplozji bomby.
Ale bomba nie wybuchła ani nawet nie syknęła.
Jego żona, Galina Siergiejewna, stała przy desce do prasowania, metodycznie przesuwając żelazkiem po jego koszuli. Para syczała, zakłócając spokój mieszkania.
„Słyszę cię, Witaliju” – odpowiedziała spokojnie, nie podnosząc wzroku. „Założyłeś bieliznę z polarową podszewką? Na dworze jest listopad; twoja młodsza kobieta nie będzie leczyć twoich nerek”.
Witalij Pietrowicz zamarł, ściskając w dłoni wełnianą skarpetę uniesioną w powietrzu. Spodziewał się wszystkiego: potłuczonych naczyń, zawału serca, prośby o pozostanie w domu albo groźby wezwania dzieci.
Ale na pewno nie tego banalnego pytania o bieliznę.
„Co bielizna ma z tym wspólnego, Galia?!”. wrzasnął, czując, jak oblewa się rumieńcem. „Mówię o miłości, o nowym życiu, o… renesansie!”.
W końcu wepchnął koc, oparł się całym ciężarem o wieko i szarpnął za zamek. Walizka żałośnie skrzypiała, przypominając stawy Witalija Pietrowicza, ale się zamknęła.
„A ty mówisz o runie! To cała twoja istota! Przyziemna, nudna!”. Wziął głęboki oddech. „I jest lot! Jest energia!”.
„Czy ta energia w ogóle ma nazwę?”. Galina ostrożnie powiesiła koszulę na wieszaku i podała ją mężowi. „A może po prostu „Króliczek” w telefonie?”.
„Ma na imię Eleanor!”. Witalij wyprostował się dumnie, odbierając koszulę. „A ona nie jest tylko kobietą, jest muzą”.
Galina zachichotała, doskonale wiedząc, że jedyną poezją, którą Witalij uwielbiał, były toasty, które wygłaszał z okazji rocznic przyjaciół.
„Więc Eleonoro. Piękna. A ile lat ma twoja muza?”
„Dwadzieścia osiem!” – wyrzucił z siebie dziadek, patrząc wyzywająco na żonę.
Galina Siergiejewna odłożyła nawet żelazko i długo i uważnie przyglądała się mężowi. Tak, jak patrzy się na starą, ale ukochaną szafę, której drzwi nagle odpadły.
„Witaliju” – powiedziała cicho, ale jej głos brzmiał twardo. „Masz sześćdziesiąt pięć lat. Masz rwę kulszową od długiego siedzenia na toalecie i jesteś na diecie numer pięć z powodu wątroby”.
Westchnęła i dodała:
„Co zamierzasz zrobić z dwudziestoośmioletnią Eleonorą? Będziesz jej czytać wiersze?”
„Nie twoja sprawa!” warknął, chwytając za rączkę walizki. „Jedziemy w podróż! Spaceruj pod księżycem! Ciesz się życiem! Ja wciąż mam się dobrze!”
Próbował podnieść walizkę, ale była zdradliwie ciężka. Ból przeszył mu plecy, ale Witalij Pietrowicz zacisnął zęby i zachował spokój.
Nie można okazywać słabości przed byłą żoną. Teraz prawie.
„Nie zapomnij o tabletkach na ciśnienie, kochanie” warknęła Galina, wracając do prasowania poszewki na poduszkę. „Są w górnej szufladzie. I maść na stawy”.
„Nie potrzebuję tabletek!” skłamał, choć serce waliło mu gdzieś w gardle. „Przy niej czuję się na trzydzieści lat! Koniec, Galia. Żegnaj. Zostawiam ci mieszkanie; jestem szlachetnym człowiekiem”. „Dziękuję, żywicielko rodziny” skinęła głową. „Połóż klucze na stoliku nocnym. I wynieś śmieci, skoro już idziesz”.
To go całkowicie wykończyło. Bez dramatów, bez załamywania rąk. Po prostu „wynieś śmieci”.
Chwycił torbę przy drzwiach i z uniesioną brodą wyszedł na korytarz. Drzwi nie zatrzasnęły się za nim, lecz cicho zamknęły.
Witalij Pietrowicz znalazł się w budynku przesiąkniętym zapachem kociej rozpaczy i smażonych ziemniaków sąsiadów. Walizka szarpała go za ramię, bolały go plecy, a telefon wibrował w kieszeni.
Eleonora prawdopodobnie pisała, czekając na swojego rycerza na białym koniu.
Zadzwonił do windy i czekając, wyciągnął smartfon. Serce zabiło mu słodko. Wiadomość na komunikatorze: „Kochanie, przyjdziesz wkrótce? Już zarezerwowałem dla nas stolik”. A tak przy okazji, jest mały haczyk…
Witalij uważnie przeczytał tekst: „Pilnie muszę przelać pięć tysięcy na kartę mojej mamy; nie stać jej na leki, a ja przekroczyłem limit. Proszę mi to przesłać, dam jej, jak się spotkamy!”
Witalij zmarszczył brwi. Pięć tysięcy. Dziwne. Wczoraj trzy tysiące za taksówkę. Przedwczoraj dwa tysiące za internet. A tydzień temu przelał dziesięć tysięcy na „kursy inspiracyjne”.
Winda przyjechała. Witalij wciągnął walizkę do kabiny i nacisnął przycisk na pierwsze piętro. W lustrze odbił się dostojny starszy mężczyzna w czapce, z czerwoną twarzą i oszołomionym wzrokiem.
„Wyjeżdżam do młodszej kobiety” – powtórzył bezgłośnie, ale zdanie jakoś straciło swój heroiczny blask.
Na zewnątrz panowała straszna pogoda: lekka mżawka i wiatr strzepujący ostatnie liście. Witalij zaciągnął walizkę na przystanek autobusowy, bo Eleanor mieszkała po drugiej stronie miasta, w nowym budynku.
Usiadł na mokrej ławce pod markizą i wyciągnął telefon, żeby przelać pieniądze. Miał zimne i zesztywniałe palce. Zalogował się do aplikacji bankowej.
Saldo: 4800. Emerytura nie jest należna. Dopiero tydzień później.
