Wiera podtrzymywała dłonią swój zaokrąglony brzuch i ostrożnie przestępowała przez porozrzucane torby, którymi goście zastawili cały korytarz, nie pozostawiając nawet wąskiego przejścia. Siódma godzina takiego dnia sprawiała, że pragnęła nie awantury, ale ciszy – tej głębokiej, kojącej ciszy, która pozwala złapać oddech i przypomnieć sobie, kim się jest, zanim otoczenie zacznie dyktować, kim należy być. Z pokoju dobiegał ryk telewizora, który zagłuszał wszystko wokół, oraz donośny, wymagający męski głos – głos przyzwyczajony do tego, że cały świat podporządkowuje się jego zachciankom, że każdy wokół ma obowiązek spełniać jego oczekiwania, a każda cisza jest milczeniem wymuszonym przez niego. To był głos człowieka, który przez całe życie nie słyszał słowa „nie”, a jeśli je słyszał, udawał, że go nie rozumie.
— Wieruniu, no gdzie ten obiad?! – krzyczał Arkadij, ojciec jej męża, nie odrywając wzroku od ekranu, w którym wpatrywał się jak w świętość. – Jedziemy z daleka, głodniśmy jak wilki zimą! To nie są żarty, człowiek chce zjeść po podróży, a tu czeka i czeka – co to za gościnność? Gdzie twoja gospodarność, Wieruniu?
