Nie odpowiedziała od razu. Siedziała w pokoju z laptopem, udając zajętą, choć ekran już dawno zgasł. — Alina! — jego głos stał się głośniejszy. — Mówię serio, tu jest kompletnie pusto. Powoli wyszła do kuchni, opierając się o blat. — W sensie pusto? Łukasz stał przed otwartą lodówką, zdezorientowany, niemal obrażony. — No… nic nie ma. Ani normalnego jedzenia, ani nawet jogurtów. — To znaczy, że się skończyło. — A ty nie kupiłaś? — Nie. Odwrócił się do niej. — Dlaczego? Alina lekko wzruszyła ramionami. — Postanowiłam zobaczyć, jak to działa beze mnie. — Co działa? — Życie. To, na które wydajesz pieniądze. Łukasz zmarszczył brwi. — Ty teraz żartujesz? — Nie. Naprawdę mnie to zaciekawiło. Zamknął lodówkę trochę mocniej, niż trzeba. — I co teraz? Mamy w ogóle nie jeść? — Dlaczego? Sklepy są otwarte. — Dopiero wróciłem z pracy. — A ja przez sześć lat po pracy chodziłam do sklepu. Cisza zgęstniała. Łukasz przeszedł się po kuchni, otworzył jedną szafkę, potem drugą. Jakby jedzenie mogło się tam schować. — Dobra — powiedział w końcu. — Zamówię coś. — Oczywiście. Tego wieczoru zamówił kolację. Następnego dnia — też. Trzeciego — znowu.
A czwartego, stojąc pod blokiem z torbą z Biedronki, wyglądał już inaczej. Rozdrażniony. Zmęczony. — Nie rozumiem, dlaczego po prostu nie mogłaś powiedzieć, że coś ci nie pasuje — rzucił, wchodząc do mieszkania. Alina spojrzała na torbę w jego rękach. — Mówiłam. — Kiedy? — Za każdym razem, kiedy tego nie zauważałeś. Nic nie odpowiedział. Minęło jeszcze kilka dni. Lodówka nie była już pusta — ale teraz Łukasz zaczął widzieć. Ceny. Paragony. Jak szybko wszystko się kończy. Pewnego wieczoru sam otworzył aplikację bankową. Siedział długo. W milczeniu. Potem przyszedł do niej na loggię. — Alina. —
Tak? — Sprawdziłem wydatki. Skinęła głową. — I? Usiadł naprzeciwko, pierwszy raz od dawna bez pewności w głosie. — Ja… naprawdę tego nie zauważałem. — Wiem. — Ale to nie znaczy, że to jest w porządku. — Też wiem. Przeciągnął dłonią po twarzy. — Czterdzieści tysięcy… to przecież… — To tylko to, co nazywasz „drobiazgami”. Znów cisza. — Dlaczego nie powiedziałaś tego wprost od razu? Alina uśmiechnęła się lekko, bez złości. — A usłyszałbyś? Nie odpowiedział. I to wystarczyło. — Co robimy? — zapytał w końcu. — A jak myślisz? Łukasz westchnął.
— Dzielimy. Normalnie. Nie tylko na słowach. — Jak dokładnie? — Biorę na siebie jedzenie i wszystko do domu. W całości. Przynajmniej na jakiś czas. Spojrzała na niego uważnie. — Nie „pomagać”? — Nie. Odpowiadać. Po raz pierwszy w tej rozmowie powiedział to pewnie. Alina powoli skinęła głową. — Dobrze. Minął miesiąc. Potem drugi. Lodówka przestała nagle być pusta. W domu pojawiły się listy zakupów. Łukasz zaczął narzekać na ceny, szukać promocji, porównywać. Czasem był zmęczony i zamawiał jedzenie — ale już rozumiał, ile to naprawdę kosztuje. Pewnego wieczoru postawił torby na stole i powiedział: — Teraz rozumiem, dlaczego byłaś zła. Alina spojrzała na niego spokojnie. — Nie byłam zła. — To co? Zastanowiła się chwilę. — Było mi przykro, że mój wysiłek był traktowany jak… tło. Łukasz skinął głową. — Nie chcę już tak. — Ja też. Zrobił pauzę i dodał ciszej: — I… dzięki, że nie zrobiłaś awantury. Alina uśmiechnęła się lekko. — Awantury niczego nie zmieniają. Pusta lodówka — zmienia. Uśmiechnął się mimowolnie. — Mocne. — Za to skuteczne. Wieczór był ciepły. Balkon znów otwarty, do środka wpadało letnie powietrze. I po raz pierwszy od dawna to nie był czyjś komfort. Tylko wspólny.
