Elżbieta poznała Siergieja w marcu, a już w październiku wzięli ślub. Wszystko potoczyło się szybko, niemal bez zastanowienia – po prostu do siebie pasowali, jakby od dawna wiedzieli, że tak będzie. Wesele było skromne: kawiarnia na dwadzieścia osób, tort z malinami, tańce do północy. Elżbiecie podobało się właśnie tak – bez zbędnego hałasu.
Z Łarysą Wiktorowną poznała się jeszcze przed ślubem, gdy Siergiej zabrał ją do domu na święta. Teściowa otworzyła drzwi, obejrzała Elżbietę od stóp do głów i powiedziała:
– Wejdź, skoro przyszłaś.
Nie „miło mi cię poznać”. Nie „witaj w domu”. Po prostu – wejdź, skoro przyszłaś. Elżbieta nie robiła z tego tragedii. Może człowiek jest po prostu skrępowany. Może zmęczony po pracy. Zdarza się.
Wieczór jednak wszystko wyjaśnił. Przy stole Łarysa Wiktorowna opowiadała o Siergieju tak, jakby Elżbiety w ogóle nie było w pokoju. Mówiła, jaki był w dzieciństwie, jak dobrze się uczył, jak mógłby żyć inaczej, gdyby „prawidłowo ustalił priorytety”. To ostatnie zabrzmiało z miękkim, niemal niezauważalnym naciskiem – i było jasne, o jakie priorytety chodzi.
Przed wyjściem teściowa zatrzymała Siergieja w przedpokoju. Elżbieta zakładała płaszcz i usłyszała półgłosem:
– Ona jest ładna, oczywiście. Ale ma taką twarz… niepewną.
Siergiej coś wymamrotał w odpowiedzi. Elżbieta zapięła guziki i wyszła pierwsza.
Rok po ślubie
Pierwszy rok po ślubie minął znośnie. Łarysa Wiktorowna nie narzucała się – widywali się raz na dwa, trzy miesiące, zwykle przy okazji świąt. Każde spotkanie kończyło się jakąś uwagą: że zupa Elżbiety jest „rzadka”, że fryzura ją „postarza”, że jej praca jest „taka sobie, bez perspektyw”. „Nic śmiertelnego”. Po prostu nieprzyjemne – jak drzazga, którą boli wyciągnąć, ale i zostawić nie chce się.
Elżbieta nauczyła się odpowiadać „mhm” i zmieniać temat. Siergiej czasem się krzywił, czasem delikatnie przekierowywał rozmowę. Nie kłócili się przez matkę – ustalili po cichu, że ten temat nie jest wart kilku dni napięcia.
Potem zaczęli mówić o ślubie Ałły.
Ałła – młodsza siostra Siergieja, około dwudziestu czterech lat, żywa i roześmiana dziewczyna. Elżbiecie przypadła do gustu. Ałła wychodziła za Matwieja – cichego faceta, pracującego w biurze projektowym. Sam Matwiej najwyraźniej nie dążył do rozrzutności, ale Łarysa Wiktorowna z mężem, Olegiem Nikołajewiczem, zdecydowali inaczej.
O tym, że biorą kredyt, Elżbieta dowiedziała się przypadkiem – Siergiej wspomniał przy kolacji, jak o czymś oczywistym:
– Rodzice wzięli milion na ślub Ałły. Chcą, żeby wszystko było na prawdziwą skalę.
Elżbieta podniosła wzrok znad talerza.
– Milion?
– No. Sala, bankiet, suknia, fotograf, kamerzysta, limuzyny. Mama mówi, że raz w życiu.
Elżbieta chciała powiedzieć, że „raz w życiu” zwykle nie oznacza „wleźć w długi na kilka lat”. Ale milczała. To nie jej pieniądze, nie jej decyzja, nie jej kredyt. Ałła jest dorosła. Matwiej też. Chcieli – niech tak będzie.
– Mam nadzieję, że przeliczyli swoje możliwości – powiedziała ostrożnie Elżbieta.
– Mama mówi, że dadzą radę – Siergiej wzruszył ramionami.
Na tym rozmowa się skończyła.
Wesele było piękne. Duża sala za miastem, białe obrusy, żywe kwiaty na każdym stole. Ałła była szczęśliwa – widać to było bez słów. Kręciła się z Matwiejem w pierwszym tańcu, śmiała się, nie mogła uwierzyć, że to się jej przydarza. Elżbieta patrzyła i myślała, że jednak dobrze, że Łarysa Wiktorowna zorganizowała to właśnie tak. Dla takiej twarzy – warto.
Kredyt przestał być tematem. Minął miesiąc, potem kolejny. Ałła z Matwiejem urządzali się w wynajętym mieszkaniu, przysyłali zdjęcia. Elżbieta odpowiadała, gratulowała, życzyła wszystkiego dobrego. Życie toczyło się swoim rytmem.
Aż pewnego wrześniowego wieczoru zadzwonił Siergiej i powiedział, że rodzice chcą wpaść w niedzielę.
– Tak sobie, czy w konkretnej sprawie? – zapytała Elżbieta.
– Tak sobie. Stęsknili się.
