Moja siostra zadzwoniła o 00:08.
Prawie nie odebrałam.
Mój mąż, Caleb Morrison, spał obok mnie w naszym domu niedaleko Arlington w stanie Wirginia. Deszcz stukał równomiernie w szyby sypialni, a monitor od dziecka świecił na zielono, pokazując pusty pokój naszego syna. Noah spędzał weekend u rodziców Caleba — tylko dlatego w ogóle udało mi się zasnąć.
Kiedy zobaczyłam imię siostry, podniosłam się gwałtownie.
Mara.
Mara pracowała dla FBI. Nigdy nie dzwoniła o tej porze, chyba że ktoś zginął albo miało wydarzyć się coś naprawdę złego.
Odebrałam szeptem. „Mara?”
Jej głos był napięty. „Słuchaj uważnie. Wyłącz wszystko. Telefon, światła, wszystko. Idź na strych, zamknij drzwi i nie mów o tym Calebowi.”
Przeszedł mnie dreszcz. „Co?”
„Natychmiast, Elise.”
Spojrzałam na męża. Leżał odwrócony, oddychając spokojnie.
„Przerażasz mnie,” wyszeptałam.
„Po prostu to zrób!” — krzyknęła.
Nie zastanawiałam się już ani chwili.
Wstałam z łóżka, chwyciłam ładowarkę do telefonu i wyszłam na korytarz. Za mną Caleb poruszył się.
„Elise?” mruknął.
Zamarłam.
„Idę po wodę,” odpowiedziałam.
Nie zareagował.
Zgasiłam światło w korytarzu, potem w kuchni i w salonie, gdzie Caleb zawsze zostawiał zapaloną lampkę. Ręce tak mi drżały, że prawie upuściłam telefon. Mara była cały czas na linii, milcząca.
Przy schodach na strych wyszeptała: „Nie rozłączaj się.”
Wspięłam się powoli. Każdy stopień skrzypiał. Strych pachniał kurzem i starymi kartonami po świętach. Zamknęłam drzwi i zablokowałam zasuwę.
„Zamknij,” powiedziała Mara.
„Zamknięte.”
„Trzymaj się z dala od okna.”
