Lena stała przy oknie i patrzyła na grudniowe podwórko, gdzie zapaliły się już latarnie. Śnieg padał dużymi płatkami, osiadając na gałęziach nagich drzew. W mieszkaniu pachniało mandarynkami i choinką – właśnie przyniosła ze sklepu produkty na wigilijny stół. Planowała spokojnie rozłożyć wszystko na półkach, zaparzyć herbatę, usiąść przed telewizorem z kocem. Wreszcie odpocząć. Cały rok marzyła o tych wakacjach: nigdzie nie biec, nikomu nie dogadzać, po prostu być w domu.
– Len, jesteś? – rozległ się z przedpokoju głos Andrieja.
Odwróciła się. Mąż stał w drzwiach kuchni, strzepując śnieg z kurtki, i uśmiechał się tym winnym uśmiechem, który zwykle zwiastował coś nieprzyjemnego.
– Co się stało? – zapytała Lena, od razu czując napięcie.
– Nic szczególnego. Po prostu mama dzwoniła. No i zaprosiłem ją na święta. Jest sama, rozumiesz? I dzieci będą szczęśliwe, dawno babci nie widziały.
Lena zamarła, trzymając w ręku torbę z pomarańczami.
– Na jakie święta?
– No, na noworoczne. Od trzydziestego grudnia do ósmego stycznia. Dziesięć dni – Andriej mówił tak zwyczajnie, jakby informował o zamówieniu pizzy.
– Dziesięć dni – powtórzyła Lena, czując, jak w środku zaczyna wrzeć coś gorącego i nieprzyjemnego. – Andriej, mówisz poważnie?
– A co w tym złego? – Wzruszył ramionami i przeszedł do lodówki, otworzył ją, wyjął jogurt. – Mama to starsza kobieta, nudzi jej się samej. I wnuki też zatęskniły.
Lena postawiła torbę na stole, starając się panować nad sobą.
– Andriej, nie umawialiśmy się na to. Planowałam odpocząć. Jestem zmęczona. Cały rok jak wiewiórka w kole – praca, dom, dzieci, gotowanie. Chciałam po prostu poleżeć na kanapie, obejrzeć filmy. Być w ciszy.
– No to nikt ci nie przeszkadza – zdziwił się. – Mama sobie poradzi, nie jest mała. Przecież nie potrzebuje niczego specjalnego.
Lena zaśmiała się gorzko. Nic specjalnego. Przypomniała sobie ostatnią wizytę teściowej – dwa lata temu, na majówkę. Wtedy Walentyna Pietrowna też przyjechała „na krótko”, a te cztery dni zamieniły się w maraton. Najpierw obeszła całe mieszkanie krytycznym wzrokiem: kurz na szafie w sypialni, smugi na lustrze w łazience, źle ułożone ręczniki. Potem zaczęły się komentarze o gotowaniu: „Lena, solisz po zagotowaniu wody? No to przecież nieprawidłowo”. „Zupa musi postać, a ty podajesz od razu”. „Andriusza, synku, schudłeś, ona cię chyba nie karmi?”
A jeszcze Walentyna Pietrowna wstawała o szóstej rano i zaczynała sprzątać. Grzechotała garnkami, włączała odkurzacz, myła podłogi, jakby szykowała się na wojskową inspekcję. Lena próbowała powiedzieć, że mieszkanie jest czyste, ale teściowa patrzyła na nią z wyrzutem: „Przywykłam do porządku. Nie mogę przecież siedzieć z założonymi rękami”.
Kiedy granice zostały przekroczone
– Andriej, twoja mama nie umie po prostu odpoczywać. Będzie sprawdzać, jak gotuję, jak sprzątam. Będzie wstawać o szóstej i hałasować. Będzie uczyć mnie życia. I nie będę mogła odpocząć.
Andriej dopił jogurt i wyrzucił butelkę do kosza.
– Lena, przestań dramatyzować. Mama po prostu chce pomóc. Ma swoje nawyki, ale nie ze złości. To stare pokolenie, wiesz.
– Nie dramatyzuję – Lena poczuła, jak głos zaczyna jej drżeć. – Mówię, że jestem zmęczona. Że potrzebuję odpoczynku. Że nie chcę przez te dziesięć dni dogadzać twojej matce i słuchać, jaka jestem złą gospodynią.
– Nie uważa cię za złą gospodynię! – Andriej machnął ręką. – To sobie wymyśliłaś. Ona po prostu dzieli się doświadczeniem.
Lena wzięła głęboki wdech. Przechodzili już przez to. Ile razy próbowała wytłumaczyć mężowi, że jego matka nie tylko „dzieli się doświadczeniem”, ale metodycznie umniejsza wszystko, co robi Lena. Ale Andriej nie widział problemu. Dla niego matka była święta, trochę zrzędliwa, ale kochająca. Nie dostrzegał, że po każdej jej uwadze Lena czuje się nieporadna i bezwartościowa.
– Andriej, posłuchaj mnie uważnie – podeszła bliżej, spojrzała mu w oczy. – Jeśli twoja matka zostanie, to ja wyjeżdżam.
Zamarł, potem zaśmiał się.
– Żartujesz?
– Nie.
– Lena, przestań. Dokąd pojedziesz? – Mówił protekcjonalnie, jak z kapryśnym dzieckiem. – To śmieszne. Przez moją mamę urządzać histerię.
– Nie urządzam histerii. Ostrzegam.
Andriej pokręcił głową i wyszedł z kuchni. Lena słyszała, jak włączył telewizor w salonie, rozsiadł się na kanapie. Stała na środku kuchni i patrzyła na torby z zakupami. Mandarynki, szampan, czerwony kawior. Wszystko na przytulne rodzinne święto, które teraz zamieni się w dyżur przy kuchence i ciągłe napięcie.
Siggnęła po telefon i napisała do matki: „Mamo, mogę do ciebie na święta przyjechać?”
Odpowiedź przyszła niemal natychmiast: „Oczywiście, córeńko! A co się stało?”
„Później opowiem. Przyjadę trzydziestego rano”.
Wyjazd i nowa perspektywa
Wieczorem Lena pakowała walizkę. Misza i Polina, ich dzieci, już spały. Andriej siedział w salonie i udawał, że ogląda wiadomości, ale widziała, jak kątem oka zerka w stronę sypialni.
W końcu nie wytrzymał i wszedł.
– Naprawdę zamierzasz wyjechać?
– Tak.
– Lena, to absurd! – Usiadł na brzegu łóżka. – Jesteśmy rodziną. Nowy Rok to rodzinne święto. Dzieci będą zdenerwowane.
Lena starannie złożyła sweter do walizki.
– Dzieci będą z babcią. Tak bardzo je kocha, prawda? Upiecze im pierożki, opowie bajki. A ja pojadę do swojej matki.
– Ale rozumiesz, jak to wygląda? – Andriej nerwowo potarł twarz. – Co ludzie pomyślą? Żona uciekła od rodziny na Nowy Rok.
– Nie obchodzi mnie, co ludzie pomyślą – odpowiedziała spokojnie Lena. – Obchodzi mnie, że nie mogę dłużej żyć w ciągłym napięciu. Ostrzegałam cię. Nie usłyszałeś. Twój wybór.
– Len, no nie myślałem, że jesteś aż tak… – Zawahał się.
– Aż tak co? – Odwróciła się do niego. – Aż tak zmęczona? Aż tak chcę, żeby mąż liczył się z moim zdaniem? Aż tak potrzebuję odpoczynku?
Andriej milczał. Potem wstał i wyszedł z pokoju. Lena zamknęła walizkę na zamek i położyła się spać. Rano wyjedzie.
Wieś przywitała ją mrozem i skrzypiącym śniegiem pod nogami. Mama czekała na ganku, otulona ciepłym szalem.
– Córeńko moja! – Przytuliła Lenę tak mocno, że tej zaparło dech. – Chodź, chodź, napiekłam pierogów.
W domu pachniało drewnem, jabłkami i czymś przytulnym, domowym. Lena zdjęła buty, przeszła do pokoju, gdzie palił się piec, i po raz pierwszy od wielu miesięcy poczuła, jak napięcie opuszcza jej ramiona.
– Opowiadaj, co się stało – mama nalała herbaty do dużych kubków, postawiła na stole talerz z pierogami.
Lena opowiedziała. O teściowej, o zmęczeniu, o tym, jak mąż jej nie usłyszał. Mama słuchała w milczeniu, od czasu do czasu przytakując.
– Wiesz, Leno – powiedziała w końcu – czasem ludzie muszą zobaczyć, że słowa mają znaczenie. Dobrze zrobiłaś. Odpocznij. Tu jest cicho, nikt cię nie będzie szarpał.
I Lena odpoczywała. Spała do dziesiątej, czytała książki, które dawno odkładała, spacerowała po zaśnieżonych polach. Wieczorami z mamą piekły ciasteczka, oglądały stare filmy, piły herbatę z dżemem. Lena czuła, jak wraca do siebie prawdziwej – nie zapracowanej, nie zagonionej, ale żywej.
Trzydziestego pierwszego grudnia przyszła do nich Oksana – szkolna przyjaciółka Leny, której nie widziały od piętnastu lat.
– Len, to naprawdę ty?! – Oksana ucałowała ją w oba policzki. – Dowiedziałam się od twojej mamy, że przyjechałaś! Tak się cieszę!
Rozmawiały do rana. Oksana opowiadała o swoim życiu, o mężu leśniku, o trójce dzieci. Lena – o mieście, o pracy, o dzieciach. O mężu nie chciało się jej mówić, ale Oksana taktownie nie pytała. W północ wyszły na ganek, zapaliły zimne ognie i pomyślały życzenia.
– Wiesz – powiedziała Oksana – u Stiepanowów sprzedaje się dom. Ten na końcu, pamiętasz? Z sadem jabłoniowym. Dobry dom, solidny. Przeprowadzają się do miasta do córki. Może by ci się przydał? Dla dzieci, na lato.
Lena spojrzała w tamtą stronę. Dom stał nieco na uboczu, z wysokimi oknami i starą, ale solidną dachówką.
– A ile chcą?
– Niewiele. Możesz jutro obejrzeć, jak chcesz.
Następnego dnia Lena rzeczywiście poszła obejrzeć dom. Był przestronny, jasny, z prawdziwym rosyjskim piecem i dużym ogrodem. Jabłonie, choć stare, wyglądały na zadbane. Wyobraziła sobie, jak latem przywiezie tu Miszę i Polinę, jak będą biegać po sadzie, zbierać jabłka, kąpać się w rzece.
– Biorę – powiedziała do gospodyni.
