— Nie martw się, kotku. Żonę wyrzucę, mieszkanie zabiorę i będziemy żyć jak w bajce — głos Pawła drżał z niecierpliwości. — Nawet nie zdąży pisnąć.
— Pasza, a jeśli zrobi awanturę? — kobiecy głosik pełen był wątpliwości.
— Co ona może? Gospodyni domowa bez grosza przy duszy. Niech powie dzięki, że tyle lat żyła na moim utrzymaniu.
Zamarłam w przedpokoju z torbami zakupów. W uszach mi dzwoniło, nogi się pode mną uginały. Osiemnaście lat małżeństwa — i tak, mimochodem, jak o wyrzuceniu starych mebli.
Po cichu postawiłam torby na podłodze, oparłam się o ścianę. Przez uchylone drzwi gabinetu widziałam, jak Paweł obejmuje młodą kobietę. Rozpoznałam ją — Krystyna z jego działu sprzedaży. Dwadzieścia siedem lat, ambitna, błyszcząca.
— A dzieci? — zapytała.
— Syn ma siedemnaście lat, da sobie radę. Córka dwanaście — zostanie z matką. Będę płacił alimenty, nie jestem zwierzęciem.
Nie zwierzę. Jaka hojność.
Wróciłam do kuchni, usiadłam przy stole. Ręce mi drżały, ale głowa pracowała jasno. Wyciągnęłam telefon, otworzyłam czat z przyjaciółką Wiką — jedyną osobą, która została mi z dawnego życia.
„Wika, pamiętasz, jak mówiłaś o tej ofercie pracy w waszej firmie? Miejsce jeszcze wolne?”
„Swieta! Oczywiście! Przyjdź jutro na rozmowę!”
„A jeśli nie pracowałam piętnaście lat?”
„Głupoty! Jesteś ekonomistką z dwoma wyższymi wykształceniami. Wszystko sobie przypomnisz”.
Następne tygodnie zamieniły się w operację wojskową. W dzień, gdy Paweł był w pracy, odświeżałam umiejętności zawodowe — na szczęście kursów online jest mnóstwo. Wieczorami udawałam idealną żonę, nie dając po sobie nic poznać.
Równolegle konsultowałam się z prawnikiem — dawnym znajomym z czasów studiów.
— Swietłano, mieszkanie zostało kupione w czasie małżeństwa?
— Tak, dziesięć lat temu.
— Świetnie. To wspólny majątek. Nieważne, na kogo jest zapisane — dzieli się po połowie.
— A jeśli spróbuje mnie eksmitować?
— Niech spróbuje. To artykuł karny.
Zbierałam dowody zdrady — na szczęście Paweł zupełnie stracił czujność. SMS-y w telefonie, zdjęcia, nawet paragony z restauracji na dwoje.
Po miesiącu podjęłam pracę. Stanowisko podstawowe, pensja skromna, ale to nie było ważne. Najważniejsze — niezależność finansowa.
Paweł niczego nie zauważał. Wychodził rano — ja rzekomo jeszcze spałam. Wracał wieczorem — ja rzekomo już spałam. Między tym wszystkim udawało mi się i pracować, i prowadzić dom.
Dzieci wszystko wyczuwały. Syn Artiom zapytał wprost:
— Mamo, wszystko u was z tatą w porządku?
— Dlaczego pytasz?
— Jesteście jacyś dziwni oboje. Jak obcy.
— Wszystko się ułoży, synku.
Córka Liza przychodziła do mnie nocami: „Mamusiu, nie odejdziesz od nas?”
„Nigdy, maleńka. Cokolwiek by się nie stało”.
W piątek Paweł oznajmił, że wyjeżdża na weekend do znajomego na działkę. Kłamał bez mrugnięcia okiem. Sprawdziłam — pojechał z Krystyną za miasto, do hotelu na wsi.
W sobotę rano spakowałam jego rzeczy do walizek. Starannie, z czułością. Ulubione koszule, krawaty, garnitury. Postawiłam w przedpokoju.
Potem zadzwoniłam do teściowej:
— Anno Pietrowno, proszę przyjechać natychmiast. Z Pawłem jest źle.
Przybiegła po godzinie, przerażona: „Co się stało? Gdzie Pasza?”
— Pasza z kochanką na weekendzie. Proszę popatrzeć — pokazałam zdjęcia z hotelu, które przysłał prywatny detektyw.
Teściowa poczerwieniała:
— Niemożliwe! Pasza nie jest taki!
— Anno Pietrowno, oto SMS-y. Oto paragony. Oto zeznania świadków. Pański Pasza zamierza wyrzucić mnie z mieszkania i ożenić się z tamtą.
Paweł wrócił w niedzielę wieczorem. Zadowolony, rozluźniony. Otworzył drzwi — i zamarł. W przedpokoju czekali: ja, jego matka, moi rodzice (specjalnie wezwani z innego miasta) i dzieci.
— Co… co się dzieje?
— Pasza, odprowadzamy cię — powiedziałam spokojnie. — Rzeczy spakowane. Dokumenty rozwodowe na stoliku. Możesz jechać prosto do Krystyny.
— Ty… skąd ty…
— „Żonę wyrzucę, mieszkanie zabiorę i będziemy żyć”? — zacytowałam. — Miesiąc temu usłyszałam. Postanowiłam pomóc ci w przeprowadzce.
Anna Pietrowna wymierzyła synowi policzek: „Nie tak cię wychowałam! Swietoczka osiemnaście lat znosiła twój charakter, dzieci wychowywała, a ty!”
— Mamo, to nieporozumienie…
