Pismo od prawnika.
Słowa, które w takim momencie nie są już tylko słowami. Wchodzą pod skórę i zostają tam na długo.
„Mediacja”.
„Podział majątku”.
„Opieka naprzemienna”.
Stałam w tym mieszkaniu z torebką na ramieniu i czułam się, jakbym weszła nie do domu córki, tylko na miejsce wypadku. Wszystko jeszcze stało. Stół, krzesła, lodówka, dziecięce rysunki. A jednak coś już się wydarzyło i nikt nie umiał tego cofnąć.
Nie wzięłam żadnego dokumentu. Nie poprawiłam napisu na lodówce. Nie zamknęłam szafy Marcina.
Wyszłam tak cicho, jak weszłam.
W tramwaju patrzyłam w szybę i układałam w głowie zdania, które powinnam powiedzieć Agnieszce. Były ich dziesiątki. Żadne nie brzmiało dobrze.
„Dlaczego mnie okłamałaś?”
„Czemu nie powiedziałaś?”
„Jak mogłaś zostawić dzieci na tyle dni?”
Ale kiedy wróciłam do domu, Kuba wybiegł do mnie z korytarza Heleny i krzyknął, że kot spał mu na kolanach. Zosia spojrzała tylko na moją twarz, zbyt uważnie jak na dziecko.
– Babciu? – zapytała.
– Wszystko dobrze – odpowiedziałam.
I nie powiedziałam nic. Ani dzieciom. Ani Helenie. Ani nawet sobie.
Bo gdybym wypowiedziała to na głos, stałoby się rzeczywiste.
Jedenastego dnia Agnieszka przyjechała. Nie po rzeczy. Nie po dzieci. Tylko na trzy godziny.
Miała na sobie tę samą kurtkę co w piątek, ale wyglądała inaczej. Jakby przez te dni ktoś zdjął z niej kolor. Pod oczami miała cienie tak ciemne, że wyglądały jak siniaki.
– Mama! – Kuba rzucił się jej na szyję.
Zosia podeszła wolniej. Przytuliła się mocno, bez słowa.
Agnieszka zabrała ich do parku. Kupiła lody, przeszła z nimi alejkami, pozwoliła Kubie karmić kaczki. Ja zostałam w domu i przez trzy godziny chodziłam od okna do stołu, od stołu do kuchni.
Kiedy wrócili, dzieci były rozgrzane i szczęśliwe. Zosia miała czekoladę na rękawie, Kuba trzymał patyk, który podobno był mieczem.
Agnieszka pomogła im zdjąć buty, potem powiedziała:
– Jeszcze trochę, dobrze? Jeszcze parę dni.
Kuba był w pokoju. Zosia poszła po wodę dla Dropsa.
Wtedy chwyciłam Agnieszkę za rękę w przedpokoju.
– Agnieszka – powiedziałam cicho. – Byłam u was w mieszkaniu. Wiem.
Stała przede mną i patrzyła na moje dłonie zaciskające się na jej nadgarstku.
Nie wyrwała się. Nie zaprzeczyła. Nie próbowała udawać, że nie rozumie.
Tylko spuściła głowę i powiedziała płaskim, zmęczonym głosem:
– To Marcin odszedł. Nie ja. On.
