— Tak, Swiet, właśnie tam — Oleg wzruszył ramionami. — Naprawdę żal ci kilku grządek?
Swietłana spojrzała na niego i nagle złapała się na dziwnej myśli: właściwie już się nie złościła. Złość byłaby zbyt prostą reakcją na to, co właśnie działo się w ich kuchni.
Przed nią stał człowiek, którego kochała. Człowiek, z którym dzieliła łóżko, raty kredytu hipotecznego, przeziębienia, zdjęcia z urlopów i niezliczone wieczory, podczas których siedzieli naprzeciwko siebie i w milczeniu jedli stygnącą kolację. A jednak w tej chwili Oleg wydawał jej się zaskakująco daleki. Jak znajoma twarz widziana przez szybę wagonu, który powoli odjeżdża od peronu.
— Kilku grządek — powtórzyła.
— No tak.
— A jutro co będzie?
Oleg zmarszczył brwi.
— Co masz na myśli?
— Jutro twoja mama będzie chciała postawić szklarnię. Pojutrze szopę. Potem uzna, że potrzebuje osobnego wejścia. A za miesiąc stwierdzi, że mój dom stoi nie tam, gdzie powinien.
Kławdia Nikołajewna prychnęła z niedowierzaniem.
— Boże, ale ty masz wyobraźnię! Przecież nie zamierzam zabierać ci domu.
Swietłana przeniosła na nią wzrok.
— Na razie.
W kuchni zapadła cisza. Nawet lodówka, która do tej pory cicho buczała w tle, jakby nagle przestała być słyszalna.
Kławdia Nikołajewna powoli się wyprostowała.
— Co powiedziałaś?
— Nic.
— Nie. Powtórz.
Swietłana spojrzała jej prosto w oczy.
— Powiedziałam, że nie dam pani kluczy.
Teściowa była przyzwyczajona, że jej się nie odmawia
Przez kilka sekund Kławdia Nikołajewna patrzyła na synową bez najmniejszego ruchu. Potem się uśmiechnęła. Tylko że uśmiech pojawił się wyłącznie na ustach. Oczy pozostały chłodne.
— Oleg, słyszysz? — zapytała niemal szeptem.
Oleg zamknął oczy.
— Mamo…
— Nie. Niech sama powie. Niech spojrzy mi w oczy i powie, że jestem obcą osobą w rodzinie własnego syna.
— Nie trzeba tego tak przedstawiać.
— A jak mam przedstawiać?
Kławdia Nikołajewna gwałtownie wstała. Jeden z zielonych pędów wystających z najbliższego kartonu zakołysał się i musnął jej spódnicę. Odepchnęła go z wyraźnym rozdrażnieniem.
— Trzydzieści lat sama was ciągnęłam — powiedziała. — I tak wygląda wdzięczność. Przychodzę do syna, a jego żona decyduje, gdzie mam stać, dokąd mam jechać i co wolno mi posadzić.
Swietłana milczała. Znała ten ton. Nie od tygodnia i nie od roku. Kławdia Nikołajewna potrafiła zmienić każdą rozmowę w starą księgę rachunkową, w której przy nazwisku każdego człowieka figurował jego dług wobec niej.
Tylko Swietłana dopiero teraz zauważyła coś istotnego: w tej księdze nigdy nie było miejsca na zapis tego, co ona sama zrobiła dla innych.
— Mamo, porozmawiamy jutro — powiedział zmęczonym głosem Oleg.
— Oczywiście. Jutro. Potem pojutrze. A później w ogóle o wszystkim zapomnicie.
Chwyciła torebkę i ruszyła do przedpokoju. Przy drzwiach jednak się zatrzymała.
— Swieta — powiedziała, nie odwracając się — rozumiesz przecież, że nie robię tego wszystkiego bez powodu?
Swietłana nie odpowiedziała.
Kławdia Nikołajewna odczekała kilka sekund i wyszła.
Drzwi się zamknęły.
Oleg został na środku kuchni.
— Po co było tak ostro? — zapytał.
Swietłana powoli odłożyła ręcznik na brzeg zlewu.
— Jak?
— Mogłaś po prostu dać jej klucze.
— Mogłam.
— I co by ci to kosztowało?
Spojrzała na męża.
— A ciebie co kosztowałoby stanąć po mojej stronie?
Oleg odwrócił wzrok.
I właśnie wtedy Swietłana zrozumiała, że ta rozmowa naprawdę dobiegła końca. Nie dlatego, że ktoś wygrał. Po prostu oboje zbyt dobrze wiedzieli, jak kończyły się podobne spory. Ona miała ustąpić, on miał odetchnąć z ulgą, a jego matka miała uznać kolejne ustępstwo za coś oczywistego.
Nocą Swietłana nie mogła zasnąć
Oleg leżał obok i oddychał spokojnie, ciężko. Zawsze zasypiał szybko, jakby miał w głowie przełącznik pozwalający jednym ruchem wyłączyć wszystkie myśli.
Swietłana mu tego zazdrościła.
Leżała na plecach i patrzyła w sufit. Za oknem padał drobny deszcz. Krople pełzły po szybie i łączyły się w przezroczyste ścieżki. Czasami wydawało jej się, że sam dom też nie śpi.
Około drugiej w nocy Oleg przewrócił się na drugi bok.
— Jeszcze nie śpisz?
— Nie.
— Przez mamę?
— Nie.
Zamilkł.
— Swiet…
— Śpij, Oleg.
Po minucie znowu oddychał równomiernie.
Swietłana ostrożnie wstała i wyszła do przedpokoju.
Trzy kartony stały dokładnie tam, gdzie zostawiła je Kławdia Nikołajewna. W pierwszym z nich znajdowała się rozsada. Na boku grubym czarnym markerem ktoś napisał:
„POMIDORY. NIE DOTYKAĆ”.
Swietłana uśmiechnęła się krótko pod nosem.
Wtedy zauważyła coś jeszcze.
Do bocznej ścianki kartonu przyklejono przezroczystą taśmą małą białą kopertę.
Nie przypominała sobie, żeby wcześniej ją widziała.
Na kopercie zapisano tylko dwa słowa:
„Dla Olega”.
Swietłana znieruchomiała.
Nie otworzyła jej.
Przez kilka sekund po prostu patrzyła na napis.
Potem wróciła do sypialni.
Ale sen już nie wrócił.
Teściowa wróciła przed szóstą rano
Oleg wyszedł do pracy wcześniej niż zwykle.
Kławdia Nikołajewna miała przyjechać po sadzonki o szóstej.
O 5:47 rozległ się dzwonek do drzwi.
Swietłana otworzyła.
Na progu stała teściowa.
Nie miała jedwabnej apaszki.
Nie miała pomalowanych ust.
I przede wszystkim nie miała na twarzy tej zwykłej pewności siebie, z jaką wchodziła do mieszkania syna.
— Oleg jest w domu?
— Nie.
Kławdia Nikołajewna skinęła głową, jakby właśnie tego się spodziewała.
— To muszę porozmawiać z tobą.
— O czym?
Teściowa spojrzała ponad ramieniem Swietłany na przedpokój.
Na kartony.
Na rozsadę.
— O tym, dlaczego nie powinnaś dawać mi kluczy.
Swietłana zmarszczyła brwi.
— Słucham?
— Dobrze zrobiłaś.
Weszła do środka i ostrożnie zamknęła drzwi.
Po raz pierwszy, odkąd Swietłana ją znała, Kławdia Nikołajewna nie usiadła przy kuchennym stole. Zajęła miejsce na samym brzegu szafki na buty.
— Swieta, osiem lat temu kupiłaś tę daczę. Wiem.
— Skąd?
Teściowa podniosła wzrok.
— Bo pieniądze na nią nie pochodziły wyłącznie z twojej pensji.
Swietłana poczuła, jak wewnątrz wszystko lekko się zaciska.
— Co pani ma na myśli?
Kławdia Nikołajewna wyjęła z torby cienką teczkę.
Położyła ją na kolanach.
Nie otwierała.
— Chodzi mi o to, że twoja działka nie jest tak prostą historią, jak ci przedstawiono.
— Ktoś mi coś przedstawiał?
— Oleg.
Swietłana powoli usiadła naprzeciwko.
— Co dokładnie?
Kławdia Nikołajewna spojrzała na nią niemal ze współczuciem.
— Powiedział ci, że pierwsze pieniądze na zakup były jego?
Swietłana poczuła nieprzyjemne drgnięcie w piersi.
— Nigdy niczego takiego nie mówił.
— W takim razie kto powiedział?
— Nikt. Sama je zarobiłam.
— Właśnie.
W teczce znajdował się dokument, którego Swietłana nigdy wcześniej nie widziała
Kławdia Nikołajewna otworzyła teczkę.
W środku leżała kopia starej umowy.
Swietłana od razu rozpoznała własny podpis.
Ale poniżej znajdowała się jeszcze jedna linia.
Przeczytała ją raz.
Potem drugi.
Dopiero za trzecim razem naprawdę dotarł do niej sens.
— Skąd pani to ma?
Teściowa zacisnęła palce.
— Byłam obok, kiedy Oleg podpisywał dokumenty.
Swietłana natychmiast podniosła głowę.
— Oleg niczego nie podpisywał.
— Podpisywał.
— To dlaczego nic o tym nie wiem?
Kławdia Nikołajewna długo milczała.
Za oknem zaczynało świtać. Szary poranek powoli wypływał z nocy jak woda z pękniętego dzbana.
— Bo liczył, że nigdy nie zapytasz.
W mieszkaniu zrobiło się bardzo cicho.
Swietłana ponownie spojrzała na dokument.
I wtedy zauważyła datę.
Była sprzed dwóch miesięcy przed ich ślubem.
Dwa miesiące przed dniem, w którym Oleg powiedział jej po raz pierwszy:
„Pobierzmy się. Chyba już czas”.
Wczorajszy wieczór, dzisiejszy poranek i ostatnie osiem lat zaczęły nagle układać się w jeden obraz.
Nie w prostą linię.
Raczej w pęknięcie przez długi czas ukryte pod świeżą warstwą farby.
— Co właściwie tam jest? — zapytała.
Kławdia Nikołajewna nie odpowiedziała.
Zamiast tego wyjęła z teczki kolejny arkusz.
— To jest najważniejsze.
Swietłana wzięła dokument.
Przeczytała go.
I po raz pierwszy od wielu lat nie chciała już usłyszeć od męża wyjaśnienia.
Nie interesowała jej wymówka.
Nie chciała kolejnego:
„Mamo, dajmy spokój”.
Chciała tylko jednego.
Prawdy.
W tej samej chwili za drzwiami rozległ się odgłos klucza.
Oleg wrócił.
