Otworzyłam garaż i stanęłam.
Maluch stał dokładnie tak, jak go Staszek zostawił. Pokryty kurzem, z lekko spuszczoną lewą tylną oponą, z wycieraczką uniesioną od szyby – Staszek zawsze tak robił, żeby guma się nie odkształcała. Na desce rozdzielczej leżały okulary przeciwsłoneczne i paczka chusteczek higienicznych.
Kuba gwizdnął cicho.
– Babciu – powiedział – on jest cały. On jest kompletny.
Nie patrzyłam na samochód. Patrzyłam na okulary Staszka na desce rozdzielczej i czułam, jak ściska mnie w gardle.
– Babciu – Kuba stanął przede mną i popatrzył mi prosto w oczy. – Naprawmy go. Razem.
– Kuba, ja nie umiem…
– Ja też jeszcze nie umiem. Ale się nauczę. Będę przyjeżdżał w soboty.
Pomyślałam, że to entuzjazm piętnastolatka. Że za dwa tygodnie zapomni, że znajdzie sobie dziewczynę albo grę komputerową, i maluch znowu zostanie sam. Powiedziałam:
