Opowiem wam historię o mojej starszej sąsiadce, smaki Pamiętam ten dzień, gdy zachorowała, jakby to było wczoraj – było to późnym latem, gdy słońce jeszcze grzało, ale wieczory stawały się już chłodne, a zapach dojrzewających jabłek unosił się w powietrzu. Jej córka z mężem i dziećmi dawno temu wyprowadziła się do miasta, oddalonego o dobre dwie godziny drogi od naszej małej, spokojnej miejscowości. Zabranie starszej kobiety do siebie było dla nich całkowicie niemożliwe – mieli tylko jeden pokój do dyspozycji, a na dodatek na rękach nosili małe niemowlę, które wymagało nieustannej opieki i uwagi, która pochłaniała cały ich czas i siły. W tej sytuacji nikt inny, tylko ja, mogłam się nią opiekować, choć sama miałam swoje obowiązki, które nigdy nie dawały mi chwili wytchnienia. Babcia Hasia, gdy tylko poczuła się trochę lepiej, wychodziła na podwórko, podchodziła do płotu, opierała się o niego swoimi zgarbionymi plecami i wołała mnie swoim ciepłym, choć osłabionym przez chorobę głosem, który niósł się po całej ulicy jak dźwięk starego dzwonu:
– Galynko! A skocz-no mi do sklepu po chleb i masło. I jeszcze w aptece wstąp, proszę, bo lekarstwa mi się skończyły. A potem, gdybyś mogła, wody mi zaczerpnij ze studni, bo ta z kranu jakaś dziwna, niesmaczna. – Jej głos był łagodny, proszący, taki, któremu trudno było odmówić, a w jej oczach, gdy na mnie patrzyła, widziałam bezradność starej, samotnej kobiety, która nie miała już nikogo bliskiego w pobliżu, by móc liczyć na codzienną pomoc i wsparcie.
Nie mogłam odmówić jej pomocy, choć ledwo nadążałam z własnym gospodarstwem, z domem, który wymagał nieustannej troski, i z rodziną, która potrzebowała mojej uwagi. Była jednak w podeszłym wieku, a ja od dzieciństwa byłam uczona, że starszych ludzi należy szanować i pomagać im, gdy tego potrzebują, bo kiedyś i my znajdziemy się w podobnej sytuacji i będziemy liczyć na życzliwość innych. Kiedy zachorowała na dobre, na dwa tygodnie, moje życie zamieniło się w nieustanną bieganinę – rano biegłam do niej z miską gorącej zupy, którą ugotowałam specjalnie dla niej, potem sprawdzałam, czy wzięła lekarstwa, wieczorem pomagałam jej umyć się i przygotować do snu, a w nocy nasłuchiwałam, czy nie woła, bo bałam się, że coś jej się stanie, gdy będę spała. Codziennie, bez względu na pogodę i własne zmęczenie, które narastało z dnia na dzień, przekraczałam próg jej domu i zajmowałam się wszystkim, co było potrzebne, od gotowania i sprzątania po przynoszenie zakupów i opiekę nad jej skromnym ogródkiem, który był jej dumą i radością.
Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, racała do zdrowia, a jej siły powoli, ale systematycznie się odbudowywały, jak trawa po wiosennych deszczach. W tym czasie, choć początkowo nasza relacja była raczej formalna i oparta na codziennych potrzebach, udało nam się nawet trochę zbliżyć do siebie. Często, gdy siedziałam przy jej łóżku, podając jej herbatę lub czytając jej na głos stare, pożółkłe listy, które przechowywała w drewnianej skrzyni, pytała o moje życie – o męża, o dzieci, o to, jak sobie radzę, czy nie jestem zbyt zmęczona, czy mam wystarczająco dużo czasu dla siebie. Opowiadała mi o swojej młodości, o czasach, gdy sama miała małe dzieci i borykała się z podobnymi problemami, o swoim mężu, który odszedł wiele lat temu, zostawiając ją samą z córką do wychowania. W tych rozmowach, które toczyły się w ciszy jej małego, przytulnego domku, czułam, że między nami rodzi się nić porozumienia, która wykracza poza zwykłą sąsiedzką pomoc, i że zaczynam ją postrzegać nie tylko jako starszą, wymagającą opieki kobietę, ale jako człowieka z własną, bogatą historią i potrzebą bliskości, której nikt wcześniej nie zaspokajał. Były to chwile, które na długo zapadły mi w pamięć, choć później miały przybrać zupełnie inny, gorzki wymiar.Słowniki i encyklopedie
