Wrócił o szóstej.
Pachniał inaczej niż zwykle. Nie ziemią. Jakimś mydłem, które nie było ich.
– Pomidory rosną? – zapytała Jolanta.
– Rosną – odpowiedział i usiadł przed telewizorem.
Wieczorem, kiedy zasnął, wzięła jego telefon z szafki nocnej.
Nigdy wcześniej tego nie robiła. Nie z zaufania, tylko z braku powodu. Kod znała, bo Zbyszek używał daty urodzin Patryka do wszystkiego — kart, telefonów, zamków rowerowych.
Wiadomości były skasowane.
Historia połączeń wyczyszczona.
Ale w galerii, między zdjęciami pomidorów i róż, było jedno zdjęcie. Widok z okna na jezioro.
Nie ich jezioro.
Nie ich widok.
Odłożyła telefon na szafkę, wróciła do łóżka i leżała w ciemności. Za oknem szumiał kasztanowiec, ten sam, pod którym parkowali skodę.
Trzydzieści lat.
Pomyślała o tym, jak Zbyszek niósł ją przez próg mieszkania na czwartym piętrze, bo winda nie działała.
Jak siedział z nią w szpitalu, kiedy Patryk miał zapalenie płuc i nie oddychał dobrze. Jak naprawiał kran w kuchni co trzy miesiące, bo nie chciał wydawać na hydraulika.
A potem pomyślała o jasnych włosach i ramieniu opartym o szybę.
I o tym, że nie wie, która z tych rzeczy jest prawdziwsza.
W środę rano, przy śniadaniu, położyła kopertę na stole obok masła.
– To przyszło – powiedziała.
Zbyszek spojrzał. Wziął kopertę, wyciągnął zdjęcie.
Patrzył na nie może pięć sekund.
Potem odłożył je na stół i wrócił do kanapki.
– Zapłacę – powiedział. – Mandat.
– Sto siedem pod Mławą – powiedziała Jolanta. – W czwartek. Kiedy byłeś na działce.
Zapadła cisza.
Zbyszek żuł chleb. Zegar w kuchni tykał. Za oknem jakieś dziecko krzyczało na podwórku.
– Jola…
– Kto siedział obok ciebie?
Nie odpowiedział od razu.
Odłożył kanapkę, przetarł usta serwetką. Przez chwilę wyglądał jak człowiek, który stoi na krawędzi czegoś i liczy, ile ma do dna.
– Koleżanka – powiedział w końcu. – Z pracy. Znaczy, dawna koleżanka.
– Z pracy, z której odszedłeś dwa lata temu.
– Jola, to nie jest to, co myślisz.
Wstała od stołu.
Zabrała swój talerz, umyła go, wytarła ścierką, postawiła na suszarce. Każdy gest osobno. Powoli. Jakby od precyzji tych ruchów zależało, czy się nie rozpadnie.
– Nie wiem, co myślę, Zbyszek – powiedziała. – Ale wiem, że pod Mławą nie ma żadnej działki.
Wyszła do pracy.
Cały dzień sprzedawała zeszyty, długopisy, koperty. Te zwykłe, białe, bez okienka. I myślała o tym, że trzydzieści lat to wystarczająco długo, żeby znać kogoś na wylot.
I jednocześnie nie znać go wcale.
Mandat przyszedł na sześćset złotych.
Zbyszek zapłacił następnego dnia.
O kobiecie na zdjęciu nie rozmawiali więcej. Zbyszek nadal jeździ na działkę w czwartki, ale teraz Jolanta wie, dokąd naprawdę jedzie.
I on wie, że ona wie.
To wisi między nimi jak zasłona, przez którą oboje udają, że widzą ten sam pokój.
Czasem w nocy Jolanta budzi się i patrzy na jego plecy. Myśli o tym, że samochód nadal jest zapisany na nią.
I że następne wezwanie też przyjdzie na jej nazwisko.
