Niektóre dźwięki nigdy nie milkną
Dom Kultury w Mokobodach był niewielki, a na scenie stało inne pianino niż moje. Hania wyszła jednak z taką powagą, jakby miała wystąpić w największej sali koncertowej.
Zagrała prosty menuet Mozarta. W połowie utworu pomyliła się, zatrzymała na chwilę i spojrzała na nauczycielkę. Ta tylko lekko skinęła głową.
Hania spokojnie zaczęła od miejsca, w którym przerwała, i dokończyła cały utwór.
Biłam brawo najmocniej ze wszystkich.
Po koncercie dziewczynka podbiegła do mnie z ogromnym uśmiechem.
– Przyjechała pani!
Chwilę później powiedziała coś, co zapamiętam do końca życia.
– Pomyliłam się, ale pani nauczycielka mówi, że najważniejsze jest to, że wróciłam do gry.
Wracając autobusem do Lublina, patrzyłam w ciemne okno i pomyślałam, że nie wszystko kończy się wtedy, gdy nam się wydaje.
Czasem to, co oddajemy z serca, zaczyna żyć jeszcze piękniej w czyichś rękach.
Od tamtej pory na parapecie w moim salonie stoi niewielka ramka. Nie ma w niej rodzinnego zdjęcia ani dyplomu.
Jest dziecięce zaproszenie ozdobione osiemnastoma naklejonymi gwiazdkami i podpisem zapisanym trochę krzywo, ale z ogromnym sercem:
„Hania od pani pianina”.
