Byliśmy w Sewilli, na najwyższym piętrze nowego budynku z widokiem na Gwadalkiwir. Penthouse miał ogromne okna i kuchnię godną magazynu, a każdy metr kwadratowy został kupiony za moje pieniądze: spadek po dziadku, podwójne zmiany w pracy i pożyczkę, którą spłaciłam przed ślubem. Mimo to Dario Stein, mój mąż, stał tam, uśmiechając się, jakby wyrzucenie mnie z domu było sportem wyczynowym.
„Nie przetrwasz długiego procesu” – powiedział, opierając się o kuchenną wyspę. „Zmęczysz się. Załamiesz się. Mam czas… i mam prawnika”.
Spojrzałem na akta. Rozwód. Podział majątku. Brak opieki, bo nie mieliśmy dzieci. Ale dom – wymieniony jako „dom rodzinny”. Chciał go zatrzymać, później sprzedać i zabrać trofeum.
