CZĘŚĆ 1
Mój wujek i ja z trudem wnieśliśmy starą szafę na tył mojej ciężarówki i pierwszą rzeczą, jaką zauważyłem, był jej niemożliwy ciężar. Mebel z wypaczonymi drzwiami, uszkodzoną nogą i wieloletnimi uszkodzeniami spowodowanymi wilgocią nie powinien ważyć tyle, jakby ktoś wypełnił go betonowymi bloczkami.
Mój wujek, młodszy brat mojego ojca, mruknął coś pod nosem, gdy opuszczaliśmy go na stos koców. Płatki wyblakłej wiśniowo-czerwonej farby spadały z drewna przy każdym ruchu.
„Czy ta rzecz jest pełna cegieł?” mruknął, ocierając pot z czoła.
Nie odpowiedziałem. Spojrzałem w stronę werandy.
Moja matka stała tam, mocno zaciskając obie dłonie na poręczy. Jej kostki zbielały. Minęło czterdzieści dni od pogrzebu mojego ojca – czterdzieści dni kartek kondolencyjnych, zapiekanek od sąsiadów i domu, w którym wciąż unosił się delikatny zapach jego wody po goleniu.
Ale moja matka nie wyglądała na zmęczoną ani załamaną.
Wyglądała na przestraszoną.
