Żaden z nich nie miał pojęcia, co tak naprawdę czeka w tym zardzewiałym zbiorniku.
CZĘŚĆ 2
Na komisariacie policjant dyżurny skrzyżował ramiona, gdy Daniel wyjaśnił, że sześcioletni chłopiec słyszy pukanie dochodzące z opuszczonego zbiornika przemysłowego.
— Osierocony chłopiec słyszy dźwięki dochodzące ze zbiornika? Słuchaj, młodzieńcze, mamy prawdziwe zgłoszenia.
Dániel położył rysunki na ladzie.
— Nie słyszy ich w myślach. Chłopiec narysował to samo miejsce piętnaście razy. Powiedział też imię: Viktor.
Policjant prawie się uśmiechnął, ale zmarszczył brwi na ten ostatni szczegół.
— Viktor, co?
— Nie wiem. Powiedział po prostu Viktor.
Policjant wpisał coś do komputera.
Minęło kilka sekund.
Uśmiech zniknął z jego twarzy.
Dwadzieścia minut później Dániel siedział przed major policji Marianną Rácz.
— Viktor Horváth, czterdzieści trzy lata — powiedziała kobieta, czytając na ekranie. — Elektryk przemysłowy. Jego żona zgłosiła jego zaginięcie sześć dni temu. W firmie remontowej.
pracował, niecały kilometr od wspomnianego obszaru.
Dániel poczuł, że słabną mu nogi.
— Więc sobie tego nie wyobrażał.
Marianna włożyła płaszcz i wstała.
— Chodźmy.
Niedługo potem na opuszczony teren dotarły dwa radiowozy, jednostka zespołu zarządzania kryzysowego i karetka pogotowia.
Dániel przejeżdżał przez ciemne kałuże i góry złomu, trzymając w dłoniach rysunki Mátégo, jakby były to oficjalne mapy.
— Który zbiornik? — zapytał jeden ze strażaków.
Dániel uniósł jedną z prześcieradeł.
Na wpół zawalony hol był po prawej stronie.
Zardzewiałe poręcze były po lewej.
Metalowa drabina była złamana na środku.
A przed nimi stał ogromny szary cylinder z niebieskim graffiti na boku.
— To wszystko.
Marianna obeszła zbiornik dookoła.
Górna pokrywa była zamknięta zardzewiałą kłódką i grubym łańcuchem.
Jeden ze strażaków uderzył w bok metalowym prętem.
Nic.
Żołądek Dániela ścisnął się lodowatym strachem.
Przez chwilę myślał, że jest za późno.
Potem przypomniał sobie głos Máté:
„Już prawie nie puka”.
— Przetnij łańcuch! — rozkazała Marianna.
Piła łańcuchowa leciała.
Kłódka upadła na ziemię.
Dwóch mężczyzn z wielkim trudem otworzyło wieko.
Gorące, zgniłe, ciężkie powietrze natychmiast wyleciało.
Strażak poświecił latarką do pomieszczenia.
Potem krzyknął:
— Ktoś tu jest! Żyje!
Viktor Horváth leżał nieprzytomny na dnie zbiornika, z popękanymi ustami i spierzchniętą skórą.
Ratownicy medyczni wynieśli go za pomocą lin i sztywnych noszy.
Według ratowników medycznych, kilka godzin w środku wystarczyłoby, żeby odwodnienie i niewydolność narządów go zabiły.
Dániel nie mógł mówić.
Myślał tylko o Máté.
O swoim pluszowym misiu.
O rysunkach.
I o tym, ile razy mówili mu, że oszalał.
Kiedy Dániel wrócił do Domu Dziecka Szent Luca, Máté stał przy oknie na drugim piętrze.
— Znalazłeś go? — zapytał ledwo słyszalnym głosem.
Dániel uklęknął przed nim.
— Tak, Máté. On żyje.
Chłopiec zakrył twarz dłonią i zaczął płakać, jakby ktoś w końcu napełnił mu płuca powietrzem.
Jednak dyrektor Beáta nie zmieniła zdania.
— Fakt znalezienia mężczyzny nie dowodzi, że chłopiec jest zdrowy psychicznie — powiedział Dániel w obecności psychologa i dwóch specjalistów ds. ochrony dzieci. — Mógł usłyszeć plotki od nastolatków z sąsiedztwa. Mógł coś widzieć. Jego zachowanie nadal jest niebezpieczne.
Dániel uderzył dłonią w stół.
— Uratowałeś życie!
— To wciąż sprawia, że ucieka, niepokoi inne dzieci i twierdzi, że słyszy głosy. Moja decyzja pozostaje niezmieniona. Zostanie przeniesiony w poniedziałek.
Máté słyszał wszystko przez drzwi.
Tym razem nie płakał.
Po prostu przytulił misia i pochylił głowę, jakby przywykł do tego, że dorośli decydują o jego losie bez niego.
W międzyczasie Viktor odzyskiwał przytomność w szpitalu. Jego żona, Laura, siedziała płacząc przy jego łóżku.
Marianna przyjęła jego zeznania.
Viktor powiedział, że jego były kolega, András Molnár, umówił się z nim na spotkanie w tej przemysłowej dzielnicy pod pretekstem odzyskania skradzionych z firmy narzędzi.
Lata wcześniej pokłócili się o awans.
