Antonina usiadła na łóżku, poprawiając przekrzywioną koszulkę.
– Dzielnicowy, po pierwsze, nie wyrzuciłam. Sam wyszedł, machnąwszy ręką. Po drugie, meldunku tu nie ma, mieszka u mamy. Rzeczy – w korytarzu, w torbie z „L’Etoile”. Bardzo symboliczne, swoją drogą.
– Muszę przyjechać. Sporządzić protokół.
– Proszę przyjechać. Jeśli pan chce – herbatą poczęstuję. Jeśli pan chce – trucizną.
W mieszkaniu zapanowała taka cisza, że nawet lodówka zaczęła kapać, jakby się skarżyła. Antonina siedziała przy stole, obracając w rękach długopis. Naprzeciwko – młoda adwokatka z fryzurą „prosto z kontroli skarbowej przez wywietrznik” i teczką z napisem „Ochrona własności”.
– Eksmisję pani złożyła – dobrze. Ale teraz nowy problem.
– Jaki jeszcze? – zmrużyła oczy Antonina.
– Pojawiła się siostrzenica pani teściowej. Julia. Twierdzi, że pieniądze na mieszkanie dał jej ojciec, wujek Lew.
– Jaki znowu wujek Lew? On jest w Kanadzie od pięćdziesiątego roku.
– Tak. Ale oto list – rzekomo w 2012 roku wysłał osiemnaście tysięcy „na potrzeby rodziny”. Skoro poszły na mieszkanie, to część lokalu należy do nich.
– No pięknie. Czyli mamy nowy rodzaj oszustwa – „mieszkanie na raty dla krewnych”.
Adwokatka wzruszyła ramionami.
– Mają mocnego prawnika. Spróbują przez sąd wstrzymać eksmisję.
– Niech spróbują. Osiedliłabym ich tu wszystkich: Sieriożę, mamę, siostrzenicę z oczami jak głodna łosica. I wujka Lwa na Zuum, niech też uczestniczy.
Następnego dnia zapukano do drzwi. Na progu – Julia. Chuda, w szarym garniturze, z miną „sprzedaję ubezpieczenia, ale takich jak ty jadam na śniadanie”. Za nią majaczył Siergiej – jak nieprzyjemne echo.
– Dobry wieczór. Przyszliśmy po dobroci. Chcemy omówić, nie doprowadzając do sądu.
Antonina wpuściła. Postawiła czajnik. Nie z uprzejmości – rozmowa zapowiadała się gorzka, a jej herbata zawsze wychodziła przeczyszczająca.
– Mów, Juleńko. Tylko bez „jesteśmy jedną rodziną” – mam na to alergię.
Julia wyjęła tablet.
– Wszystkie przelewy tu są. Osiemnaście tysięcy dolarów w 2012 roku. Przeznaczenie – na rodzinę Siergieja i Nadieżdy. Skoro poszły na zakup, trzeba zrekompensować lub wydzielić udział.
Antonina roześmiała się – krótko i sucho.
– A chce pani zobaczyć paragon z „Piatioroczki”? 2013 rok. Jest tam „ser, kiełbasa, kapusta”. To też „na potrzeby rodziny”. Może szafę pani oddam?
Siergiej skrzywił się.
– Toń, nie chcemy wojny…
– Naprawdę? A jak w nocy próbowałeś wyprosić klucze od sąsiada? Myślisz, że będzie milczał? U nas dom stary, ale nie głuchy. Baba Klawa z trzeciego piętra wczoraj cały twój przyodziewek opisała. Dresy z plamą na kolanie – szykowne na tajne operacje.
Julia zacisnęła zęby.
– Jeśli nie pójdzie pani na ugodę, złożymy pozew. I wliczymy zadośćuczynienie moralne.
– Za co? Za rozbitą filiżankę czy za rozbite iluzje?
– Ostrzegaliśmy. Sąd wszystko rozstrzygnie.
– A Nadieżdzie Pawłownie przekażcie, że jej słoik dżemu oddam, jak tylko odda próbę ukradnięcia mojego życia.
Nowy początek
Po dwóch miesiącach przyszło orzeczenie sądu. Antonina wygrała. Kanadyjskie przelewy uznano za darowiznę, niezwiązaną z mieszkaniem. Eksmisję Siergieja uznano za zgodną z prawem. Tydzień później – list. Na papierze, obcym pismem, na pewno mamy.
„Tonia. Wszystko poszło nie tak. Wybacz. Nie mam gdzie mieszkać. Mama zachorowała. Julka wyjechała. Jeśli możesz… puść”.
Antonina przeczytała. Powoli podarła. Papier rwał się łatwo, jak ich małżeństwo. Włączyła muzykę, wyjęła z szafy butelkę wina, usiadła przy oknie. I po raz pierwszy od wielu lat – głęboko wypuściła powietrze.
Miała mieszkanie. Miała serce. I w nim – wreszcie – zrobiło się cicho.
