– Czy ty w ogóle rozumiesz, że mój syn odrywa od siebie ostatnie? – głos Aliny Witoldowny dzwonił w słuchawce tak głośno, że Weronika musiała odsunąć telefon od ucha.
– Co ma pani na myśli? – zapytała spokojnie, choć już znała odpowiedź. Alina Witoldowna dzwoniła z tą samą pretensją o zazdrość regularnie.
– Witiu przesyła ci ogromne pieniądze na córkę, a ty nawet nie możesz przedstawić paragonów! Gdzie je wydajesz?
Weronika wzięła głęboki wdech, licząc do pięciu, jak radziła jej przyjaciółka. Za oknem ledwo świtało, a czteroletnia Luba jeszcze spała w swoim łóżeczku. Piątkowy poranek nie zaczął się dobrze od samego początku.
– Alino Witoldowno, jest szósta rano. Za godzinę wychodzę, żeby odprowadzić Lubę do przedszkola i zdążyć do pracy – Weronika starała się mówić spokojnie, choć w środku wszystko się gotowało. – Siedem tysięcy rubli to nie są ogromne pieniądze. Czy ma pani pojęcie, ile kosztują dziecięce ubrania, jedzenie, zabawki, opłaty za przedszkole?
– Nie zawracaj mi głowy! – ucięła była teściowa. – Mój Witenka haruje jak wół, a ty trwonisz pieniądze na Bóg wie co! Żądam rozliczenia wydatków! Wszystkie paragony za ostatni miesiąc! I nie waż się wymigiwać!
Weronika zamknęła oczy. Tak zaczynała się prawie każda rozmowa z byłą teściową od czasu, gdy rozwiedli się z Witią dwa lata temu. Dwa lata wolności, które, swoją drogą, okazały się nie tak wolne.
Codzienność z teściową na telefonie
– Alino Witoldowno, omówmy to później. Muszę zbierać córkę.
– Zawsze się wymigujesz! – nie ustępowała teściowa. – Witiu mówi, że się wystroiłaś, nową kurtkę kupiłaś. A to za jego pieniądze, co? Za alimenty?
W tym momencie do pokoju weszła zaspana Luba, trzymając w rękach pluszowego zająca, a Weronika uśmiechnęła się łagodnie do córki.
– Muszę już iść, Alino Witoldowno. Do widzenia – wcisnęła przycisk zakończenia połączenia, nie czekając na odpowiedź.
– Mamusiu, to babcia Alina dzwoniła? – zapytała Luba, wdrapując się mamie na kolana.
– Tak, słoneczko. Ona… przekazywała ci pozdrowienia – skłamała Weronika, obejmując córkę.
Weronika pamiętała, jak wszystko się zaczęło. Cztery lata temu wyszła za mąż za Witię, szczerze wierząc, że spotkała miłość swojego życia. Wysoki, o uważnych piwnych oczach i lekko kręconych włosach, wydawał się jej idealny. Tyle że już wtedy przyjaciółki ostrzegały ją: zbyt dziwne są jego relacje z matką. Ale czy zakochana dziewczyna słucha zdrowych rad?
– Zbieraj się, Luboczka, idziemy do przedszkola – Weronika pocałowała córkę w czubek głowy. – Dziś twoje ulubione śniadanie – omlet z serem!
Coraz więcej nacisków
Dzień w pracy ciągnął się w nieskończoność. Weronika siedziała za swoim biurkiem w biurze firmy budowlanej i przeglądała dokumenty, ale myśli ciągle wracały do porannej rozmowy. Telefon zawibrował – kolejna wiadomość od Aliny Witoldowny: „Czekam na paragony do wieczora. Nie dostarczysz – będziemy działać przez sąd. Witiu ma prawo wiedzieć”.
– Znowu teściowa dokucza? – zapytała Łarysa, koleżanka i jedyna w biurze, która znała sytuację Weroniki.
– Jak zwykle – westchnęła Weronika. – Żąda rozliczenia z siedmiu tysięcy alimentów. Wyobrażasz sobie? Za siedem tysięcy! Ja na same zajęcia z logopedą dla Luby wydaję w miesiącu więcej.
– A mąż co?
– Były mąż – poprawiła Weronika. – A co on? Jak zwykle: „Mama ma rację, pieniądze niemałe, powinnaś się rozliczać”. Śmieszne, gdy mieszkaliśmy razem, uważał, że na dziecko nie trzeba nic wydawać, bo jest jeszcze małe, po co jej coś.
Weronika przypomniała sobie, jak musiała oszczędzać na wszystkim, gdy jeszcze byli rodziną. Witiu nalegał, żeby wróciła do pracy, gdy Luba nie miała nawet sześciu miesięcy. „Co siedzisz w domu? Nie przynosisz pieniędzy do rodziny!” A sam całą pensję oddawał matce „na przechowanie”. Do budżetu domowego trafiały marne grosze.
– Do dziś pamiętam, jak prosiłam go o pieniądze na jedzenie dla dziecka – ciągnęła Weronika – a on mówił: „Znowu pieniądze wyciągasz? Wczoraj dopiero dawałem”. I to było pięćset rubli na tydzień! Dobrze, że moja mama pomagała.
– No tak – pokręciła głową Łarysa. – I czemu tak długo znosiłaś?
Weronika zaśmiała się gorzko:
– Miałam nadzieję, że zmieni się, gdy Luba podrośnie. Że zrozumie, jak ważne jest dbanie o własne dziecko.
W tym momencie do gabinetu wszedł Igor Siemionowicz, dyrektor firmy.
– Weroniko Andriejewna, proszę do mnie za pięć minut – powiedział i zniknął za drzwiami swojego gabinetu.
– Co się stało? – zaniepokoiła się Łarysa.
– Nie mam pojęcia – wzruszyła ramionami Weronika, ale w środku wszystko się ścisnęło. Czyżby teściowa dotarła i do jej pracy?
– Proszę usiąść, Weroniko Andriejewna – Igor Siemionowicz wskazał na krzesło naprzeciwko swojego biurka. – Otrzymałem ciekawy telefon. Jakaś Alina Witoldowna twierdzi, że marnuje pani pieniądze jej syna niezgodnie z przeznaczeniem. Co pani na to?
Weronika poczuła, jak krew napływa jej do policzków ze wstydu i oburzenia.
– Igorze Siemionowiczu, ja…
– Proszę chwilę – przerwał dyrektor. – Chcę tylko zrozumieć, co się dzieje. Ta kobieta dzwoniła do mnie dwa razy dziś rano, groziła skargami i kontrolami. Mówiła coś o siedmiu tysiącach rubli.
Weronika westchnęła i krótko wyjaśniła sytuację. O Witiu, o jego matce, o tym, jak wypominali jej każdy grosz, i o tym, jak sama ciągnie dziecko, otrzymując minimalne alimenty.
Igor Siemionowicz wysłuchał uważnie i niespodziewanie uśmiechnął się:
– Wie pani, Weroniko, mam córkę w pani wieku. I jest w podobnej sytuacji. Wiem z autopsji, jak ciężko jest samotnym matkom.
Otworzył szufladę biurka i wyjął teczkę:
– Mam dla pani dwie nowiny. Pierwsza: od poniedziałku przechodzi pani do nowego działu z podwyżką o trzydzieści procent. Druga: w naszej firmie pojawił się program wsparcia dla pracowników z dziećmi – elastyczny grafik i częściowa refundacja opłat za przedszkole.
Weronika nie wierzyła własnym uszom:
– Igorze Siemionowiczu, ja… nie wiem, co powiedzieć.
– Niech pani nic nie mówi. Jest pani dobrą pracownicą, a to zasłużony awans. A co do byłej teściowej – uśmiechnął się – proszę jej przekazać, że w razie kolejnych telefonów będę zmuszony skontaktować się z działem prawnym w sprawie ochrony przed nękaniem.
Weronika wyszła z gabinetu z bijącym sercem. Czyżby coś wreszcie zaczynało się zmieniać na lepsze?
Nowe odkrycia i plan działania
Wieczorem, odbierając Lubę z przedszkola, Weronika spotkała Swietłanę, mamę Miszki z grupy Luby. Kiedyś przyjaźnili się z Witią rodzinami, ale po rozwodzie Swietłana okazała się jedyną osobą, która nadal utrzymywała kontakt z Weroniką.
– Wyobraź sobie – zaczęła Swietłana, gdy wyszły na ulicę – wczoraj widziałam twojego byłego w nowym samochodzie. Taki wielki off-roadowiec! Miszka aż otworzył buzię z podziwu.
Weronika uniosła zdziwione brwi:
– W nowym samochodzie? Mówił, że ledwo wiąże koniec z końcem…
– Daj spokój – machnęła ręką Swietłana. – Sierioża mówił, że Witię awansowali na szefa działu. Teraz zarabia trzy razy tyle.
Weronika stanęła jak wryta:
– Co? I kiedy to się stało?
– Jakoś dwa miesiące temu – wzruszyła ramionami Swietłana. – Nie wiedziałaś?
W środku wszystko zabulgotało. Dwa miesiące! Dwa miesiące Witiu zarabia ogromne pieniądze, ale nadal płaci marne siedem tysięcy alimentów i ma jeszcze czelność żądać rozliczenia!
– Dziękuję, że powiedziałaś – Weronika mocniej ścisnęła dłoń córki. – Luboczko, wracamy do domu.
Wieczorem, ułożywszy córkę do snu, Weronika zadzwoniła do mamy.
– Mamo, wyobraź sobie, Witiu kupił nowy samochód i dostał awans, a alimentów nie podwyższył.
Maryna Pawłowna, matka Weroniki, westchnęła:
– Mówiłam ci od razu, jaki on jest skąpy. A ty ciągle „miłość, miłość”. Pamiętasz, jak na weselu jego matka żądała, żebyśmy pokryli 80% kosztów? I jak liczył każdy grosz, gdy razem mieszkaliście?
– Wiem, mamo – westchnęła Weronika. – Ale co mam teraz zrobić?
– Co zrobić? Do sądu iść, właśnie to! On musi płacić 25% z pensji, a nie te ochłapy!
Weronika się zamyśliła. Może mama ma rację. Czas przestać się bać i zacząć walczyć o prawa Luby.
Nowy początek i walka o sprawiedliwość
Następnego dnia w biurze pojawił się nowy pracownik – Paweł, którego przeniesiono z filii w innym mieście. Wysoki, z przyjaznym uśmiechem i uważnymi oczami, od razu zjednał sobie cały zespół.
– Weroniko, pokażesz nowemu koledze, jak u nas wszystko działa? – poprosił Igor Siemionowicz.
Podczas oprowadzania po biurze Weronika dowiedziała się, że Paweł też jest rozwiedziony i ma dziesięcioletniego syna, który mieszka z matką.
– Trudno, prawda, widywać syna rzadko? – zapytała Weronika.
– Niestety – zgodził się Paweł. – Ale staram się spędzać z nim wszystkie weekendy i wakacje. I pomagam finansowo, oczywiście. Choć czasem ciężko z pieniędzmi, ale dziecko to świętość.
Weronika mimowolnie porównała go z Witią, który widywał córkę raz w miesiącu, i to niechętnie.
Wieczorem, po pracy, poszła do poradni prawnej. Długo opowiadała o swojej sytuacji, pokazywała dokumenty, słuchała rad.
– A więc tak – podsumowała prawniczka Helena – potrzebujemy dowodów na jego nowe dochody. Zdjęcia samochodu, zeznania świadków o awansie, wyciągi, jeśli uda się zdobyć. I składamy pozew o ponowne ustalenie alimentów.
– A jeśli się nie uda? – zwątpiła Weronika.
– Uda się – odpowiedziała pewnie Helena. – Nie pierwszy raz pracuję z takimi sprawami. Mężczyźni często próbują ukryć dochody, ale sąd zwykle staje po stronie dzieci.
W domu Weronika ułożyła plan działania. Pierwszym punktem było zebranie dowodów. Drugim – szczera rozmowa z Witią.
– Musimy porozmawiać – powiedziała Weronika byłemu mężowi, gdy przyszedł odwiedzić córkę w sobotę.
Luba bawiła się w swoim pokoju, a oni siedzieli w kuchni. Witiu wyglądał na zadbanego: nowa koszula, drogi zegarek, pewna siebie mina.
– O czym? – spojrzał na zegarek demonstracyjnie. – Mam mało czasu.
– O twoim nowym stanowisku i pensji – odpowiedziała spokojnie Weronika. – I o tym, dlaczego alimenty pozostały takie same.
Witiu zmienił się na twarzy:
– Kto ci nagadał? Swietłana, tak? Wiecznie wtyka nos w nie swoje sprawy!
– Nieważne – ucięła Weronika. – Ważne, że ukrywasz swoje dochody i nie płacisz pełnych alimentów.
– Oszalałaś! – oburzył się Witiu. – I tak oddaję ostatnie! Mam kredyty, hipotekę!
– Hipotekę? – powtórzyła Weronika. – Na nowe mieszkanie? Świetnie! Kolejny dowód dla sądu.
Witiu zerwał się:
– Jaki sąd? Ty chyba całkiem? Moja matka miała rację – ty tylko myślisz, jak wyciągnąć ze mnie pieniądze!
– Nie ze mnie, a dla Luby – poprawiła Weronika. – To dwie różne rzeczy. I tak, składam pozew o ponowne ustalenie alimentów. Musisz płacić 25% od rzeczywistego dochodu, a nie te ochłapy, które teraz dajesz.
Witiu zaczerwienił się:
– A tak? To w ogóle przestanę się widywać z Lubą! Zobaczysz, jak zaśpiewasz!
