Ale chłód mojego spojrzenia zabolał ją bardziej niż krzyk.
— Nigdy więcej nie nazywaj mnie tym zdrobnieniem, stojąc w moim domu i ponosząc konsekwencje zdrady, którą sama pomogłaś stworzyć.
Benjamin uderzył pięścią w stół.
— Nie pozwolę ci mnie upokarzać przy nich!
Ścisnęłam uchwyt walizki.
— Masz czas do jutra rano, żeby zabrać stąd wszystkie swoje rzeczy.
Zaśmiał się krótko.
Ale ten śmiech nie miał nic wspólnego z pewnością siebie.
Brzmiał jak panika udająca odwagę.
— A co zamierzasz zrobić, jeśli po prostu odmówię wyprowadzki?
Na moich ustach pojawił się lekki, pozbawiony humoru uśmiech.
— Jutro po południu przekonasz się, jaka jest różnica między mieszkaniem w domu a posiadaniem do niego jakichkolwiek praw.
Zamknęłam za sobą drzwi.
Nie obejrzałam się ani razu.
Dopiero gdy schodziłam po schodach do samochodu, nogi zaczęły mi drżeć.
Ale jedno wiedziałam na pewno.
Benjamin właśnie odpalił lont czegoś znacznie większego, niż był gotów udźwignąć.
I nie miał pojęcia, co go czeka.
*(Ciąg dalszy nastąpi…)*
