Etap 9. Uroczystość bez pana młodego
Dwudziestego ósmego, w dniu, w którym miał odbyć się ślub, obudziłam się wcześnie.
Biała suknia nadal wisiała w szafie.
Zdjęłam ją, rozłożyłam na łóżku i wystawiłam ogłoszenie o sprzedaży.
Dwie godziny później odezwała się dziewczyna o imieniu Katia.
Ślub miała za trzy tygodnie, ale suknia zamówiona przez internet przyszła uszkodzona.
Przyjechała razem z matką.
Założyła moją suknię i rozpłakała się przed lustrem.
— Jakby była szyta dla mnie.
— To znaczy, że jest pani.
— Dlaczego ją pani sprzedaje?
— Rozmyśliłam się w sprawie ślubu.
Matka Katii spojrzała na mnie z niepokojem.
— W ostatniej chwili?
— W najlepszej możliwej.
Sprzedałam suknię za połowę ceny, którą sama zapłaciłam.
Katia chciała dać więcej, ale odmówiłam.
Kiedy wyszły, poczułam niezwykłą lekkość.
Wieczorem przyjechały Lena, Marina Pawłowna i jeszcze dwie przyjaciółki.
Zamówiłyśmy jedzenie z tej samej restauracji, w której miało odbyć się wesele.
Na stole postawiłam tę samą butelkę „Chortycy”, którą Alla próbowała zabrać podczas pierwszej awantury.
— Za co pijemy? — zapytała Lena.
— Za odwołany ślub? — zaproponowała Marina Pawłowna.
Pokręciłam głową.
— Za powrót mieszkania do prawowitej właścicielki.
Roześmiałyśmy się i uniosłyśmy kieliszki.
Telefon leżał ekranem do dołu.
Nadal przychodziły wiadomości z nieznanych numerów.
Ktoś z rodziny Stasa pisał, że zniszczyłam rodzinę.
Ktoś radził, żebym „nie przebierała za bardzo w mężczyznach”.
Jedna osoba zażądała zwrotu kosztów kupionych biletów.
Wyłączyłam telefon.
Jadłyśmy kurczaka z ziemniakami.
Tym razem jedzenia wystarczyło dla wszystkich, ponieważ wcześniej wiedziałam, ilu będzie gości.
Nikt nie kazał mi się ruszać.
Nikt nie komentował płytek.
Nikt nie zajmował mojego fotela bez pytania.
Etap 10. Nowe drzwi
Dwa miesiące później spotkałam Stasa przy centrum handlowym.
Szedł obok niskiej dziewczyny w żółtej kurtce.
Kiedy mnie zobaczył, zatrzymał się.
Ona również.
— Cześć — powiedział.
— Cześć.
Wyglądał prawie tak samo jak wcześniej.
Tylko kurtkę miał nową.
Być może kupiła mu ją Tamara Anatoljewna.
— Jak żyjesz? — zapytał.
— Dobrze.
— Sama?
Uśmiechnęłam się.
— To już nie twoja sprawa.
Dziewczyna w żółtej kurtce spojrzała na niego pytająco.
— To Ola — wyjaśnił Stas. — Moja była.
— Narzeczona? — zapytała.
— Prawie żona — odpowiedział.
— Nie prawie — poprawiłam go. — Nigdy.
Stas się skrzywił.
— Nic się nie zmieniłaś.
— Zmieniłam. Teraz szybciej zauważam niepotrzebnych ludzi w swoim mieszkaniu.
Dziewczyna przeniosła wzrok ze mnie na niego.
W jej oczach zobaczyłam zainteresowanie.
Przez chwilę miałam ochotę ją ostrzec.
Opowiedzieć o kredytach.
O kluczach.
O tajnej wycenie mieszkania.
O Tamarze Anatoljewnie.
Ale niczego nie powiedziałam.
Być może Stas naprawdę się zmienił.
Być może ta dziewczyna nie miała własnego mieszkania.
A może musiała przejść własną drogę i sama zobaczyć to, czego ja nie zauważałam przez wiele miesięcy.
Pożegnałam się i poszłam dalej.
W domu czekały na mnie nowe drzwi wejściowe.
Założyłam je miesiąc wcześniej.
Ciężkie.
Solidne.
Z dwoma zamkami i kamerą.
Początkowo myślałam, że zrobiłam to ze strachu.
Później zrozumiałam, że nie.
Zrobiłam to z szacunku do siebie.
Weszłam do mieszkania, zdjęłam buty i poszłam do kuchni.
Na ścianie nadal błyszczał mój biały, „dziwny” fartuch kuchenny.
Na kuchence stała patelnia.
Na fotelu leżał starannie złożony pled.
Na podłokietniku znajdowała się książka otwarta dokładnie na tej stronie, którą kiedyś przeglądał Wiktor Siergiejewicz.
W mieszkaniu było cicho.
Nie pusto.
Właśnie cicho.
Zaparzyłam kawę, usiadłam przy oknie i przypomniałam sobie tamten wieczór.
Stasa stojącego pośrodku mojego pokoju.
Jego zirytowaną twarz.
I polecenie:
„Rusz się, nakarm moją rodzinę”.
Wtedy wydawało mi się, że to była ostatnia kropla.
Dopiero później zrozumiałam, że było odwrotnie.
To było pierwsze całkowicie szczere zdanie w całej naszej relacji.
Stas po raz pierwszy powiedział wprost, kim widział mnie w swojej przyszłej rodzinie.
Nie żoną.
Nie partnerką.
Nie ukochaną kobietą.
Widział właścicielkę mieszkania, która powinna gotować, płacić, znosić jego rodzinę i stopniowo oddawać wszystko, na co sama pracowała.
Byłam mu wdzięczna za tamto zdanie.
Gdyby go nie wypowiedział, być może naprawdę założyłabym białą suknię.
Zaprosiłabym gości.
Powiedziałabym „tak”.
Później zgodziłabym się, żeby Tamara Anatoljewna „tymczasowo” z nami zamieszkała.
Następnie być może sprzedałabym własne mieszkanie, żeby kupić trzypokojowe bliżej jego rodziców.
A kilka lat później siedziałabym w cudzej kuchni i próbowałabym przypomnieć sobie moment, w którym przestałam być gospodynią własnego życia.
Do tego jednak nie doszło.
Bo tamtego wieczoru postawiłam tacę na stole.
Zamknęłam drzwi kuchni.
Otworzyłam notatki.
A godzinę później mój narzeczony wyleciał z mojego mieszkania.
Bez narzeczonej.
Bez kluczy.
I bez prawa powrotu.
Po raz pierwszy od pół roku zostałam w domu.
Naprawdę u siebie.
