Marina przeszła do salonu i usiadła w fotelu, z którego dobrze było widać drzwi wejściowe. Nie zamierzała nigdzie wychodzić. Będzie czekać. Telefon z otwartymi zrzutami ekranu leżał na stoliku kawowym obok. Scena była gotowa. Pozostało poczekać na głównego aktora.
Kliknięcie zamka w przedpokoju zabrzmiało w ciszy mieszkania ogłuszająco głośno. Marina nie wzdrygnęła się. Siedziała w fotelu, prosta jak struna, a jej spokój nie był naturalny, ale nabyty – wykuty w ciągu ostatnich kilku godzin. To był spokój chirurga przed skomplikowaną operacją, który nie ma prawa do błędu ani zbędnych emocji. Słyszała, jak odkłada klucze na półkę, jak szeleszczą torby ze sklepu. Wszystko jak zwykle. Rytuał powrotu do domu.
Kochanie, jestem! Przyniosłem twoje ulubione serniki na śniadanie – jego głos, wesoły i kochający, dobiegł z korytarza.
Pojawił się w drzwiach salonu z bukietem czerwonych róż – jej ulubionych. Na jego twarzy grał uśmiech, dopracowany do perfekcji, przeznaczony do rozpływania każdego serca. Ale jego wzrok, pełen oczekiwania na przyjemny wieczór, natychmiast potknął się o dwie duże walizki stojące przy ścianie. Uśmiech nie zniknął, ale zastygł, zamieniając się w niepasujący do sytuacji, przyklejony grymas.
– A to co takiego? – zdziwiony obrzucił wzrokiem pokój. – Gdzieś jedziemy? Postanowiłaś zrobić niespodziankę?
Próbował mówić swobodnie, zamienić niezręczną sytuację w żart, ale w jego głosie zabrzmiały pierwsze nuty niepokoju. Spojrzał na Marinę, oczekując wyjaśnień, i dopiero teraz chyba naprawdę ją zobaczył. Nie rzuciła mu się na szyję, nie pobiegła się przytulać. Po prostu siedziała i patrzyła na niego. Jej spojrzenie było równe, badawcze i absolutnie zimne jak szkło w zimowy dzień.
– Marin, co się dzieje? – zrobił krok do pokoju, zostawiając bukiet na szafce w przedpokoju. Róże, symbol jego kłamliwej miłości, pozostały za progiem.
Nie wypowiedziała ani słowa. Tylko powoli, z podkreślonym spokojem, podniosła rękę i wskazała na stolik kawowy, gdzie leżał jej telefon, ekranem do góry. To był jedyny gest, który przerwał jej nieruchomość. Zaproszenie do egzekucji.
Wadim zmarszczył brwi, podszedł do stolika i wziął telefon. Kilka sekund patrzył na ekran, a Marina z obojętną ciekawością obserwowała, jak zmienia się jego twarz. Najpierw zdziwienie zmieniło się w rozpoznanie, potem w ledwo skrywany strach. Maska idealnego narzeczonego pękła i zaczęła odpadać, odsłaniając prawdziwą twarz – twarz wyrachowanego i przyłapanego na gorącym uczynku gracza. Krew powoli odpływała z jego policzków, pozostawiając blade, nieestetyczne plamy.
– Co… co to za brednie? – w końcu podniósł na nią oczy. Nie było w nich już miłości ani czułości. Tylko bezradność i złość. – Skąd to masz?
– Czy to ma znaczenie? – jej głos zabrzmiał cicho, ale przez to tylko bardziej doniośle.
– Oczywiście, że ma! Marina, to jakaś prowokacja! Tani fotomontaż, nie widzisz? Ktoś po prostu chce nas skłócić przed samym ślubem! Jakaś twoja zazdrosna koleżanka, nie inaczej!
Mówił szybko, chaotycznie, chwytając się najbardziej oczywistej i najsłabszej linii obrony. Próbował przesunąć uwagę, uczynić ich oboje ofiarami czyjejś intrygi. Ale jego oczy biegały, unikając jej bezpośredniego spojrzenia.
– Fotomontaż? – Marina lekko przechyliła głowę, jakby oglądając ciekawy okaz pod mikroskopem. – I nazwa projektu „Wysokość”, którą mój ojciec omawiał tylko z tobą w swoim gabinecie w zeszłym tygodniu, też jest fotomontażem? I kwota inwestycji, którą ci podał? Też domalowana? Zdolni ci zazdrośni są.
Jego twarz skamieniała. Zrozumiał, że tani chwyt z fotomontażem nie przejdzie. Była przygotowana. Przeanalizowała informacje, a nie tylko uległa emocjom. Rzucił telefon na kanapę i przeszedł do następnej taktyki.
– I ty w to uwierzyłaś? – w jego głosie zabrzmiał wyrzut, zmieszany z oburzeniem. – Po prostu uwierzyłaś jakimś anonimowym obrazkom, a nie mnie? Człowiekowi, z którym zamierzasz spędzić całe życie? Po tym wszystkim, co było między nami?
Patrzył na nią i po raz pierwszy widział nie swoją naiwną, zakochaną narzeczoną, gotową uwierzyć w każdą bajkę. Widział przed sobą zupełnie obcego, zimnego i wyrachowanego przeciwnika, który spokojnie czekał, aż wyłoży na stół wszystkie swoje żałosne karty. I zrozumiał, że ta rozmowa nie skończy się pojednaniem. To nawet nie była rozmowa. To było odczytanie wyroku.
Wadim patrzył na nią, a w jego oczach rozpaczliwie miotała się myśl, szukając nowego, bardziej skutecznego scenariusza. Taktyka z oburzeniem i wyrzutami zawiodła z hukiem. Wziął głęboki oddech, próbując siłą przywrócić na twarz wyraz szczerości. Jego ramiona opadły, głos stał się cichszy, nabierając poufnych, skruszonych nut. To była jego ostatnia stawka. Stawka na jej uczucia, na pamięć o tych miesiącach, które spędzili razem.
– Marina, posłuchaj mnie. Dobrze, nie będę kłamał. To ja to pisałem – zrobił dramatyczną pauzę, jakby wydzierał z siebie bolesne wyznanie. – Ale musisz zrozumieć! Gdy to wszystko się zaczynało, to był… cyniczny plan. Plan faceta, który nie ma nic prócz ambicji. Zobaczyłem cię, dowiedziałem się, kim jest twój ojciec, i w mojej głowie powstał ten paskudny schemat. Ale potem… potem poznałem cię. Naprawdę. I wszystko się zmieniło. Zakochałem się w tobie, Marin. Prawdziwie. A ta korespondencja… to była tylko inercja, głupia przechwałka przed starym znajomym, która nie miała już nic wspólnego z rzeczywistością. Czy naprawdę pozwolisz temu brudowi z przeszłości zniszczyć naszą przyszłość? To, co czuję do ciebie teraz – to jest prawdziwe!
Mówił przekonująco. Prawie sam uwierzył w tę piękną historię o skruszonym cyniku przemienionym przez wielką moc miłości. Patrzył na nią z błaganiem, oczekując zobaczyć na jej twarzy wątpliwość, zamęt, choć iskierkę nadziei dla siebie. Ale nic. Jej twarz pozostała nieprzeniknioną maską.
I wtedy ona w końcu wstała. Powoli, płynnie, bez gwałtownych ruchów. Nie podeszła do niego blisko, ale zatrzymała się w odległości kilku kroków, zachowując dystans. Gdy przemówiła, jej głos był równie równy i zimny jak jej spojrzenie.
– Skończyłeś swoje przedstawienie? – zadała pytanie bez żadnego zainteresowania, jakby pytała o godzinę. – Nieźle. Prawie jak szczere. Jesteś dobrym aktorem, Wadim. Bardzo dobrym. Być może nawet lepszym niż menedżer projektów.
Zrobiła krok w stronę kanapy, wzięła swój telefon i znów odwróciła się do niego.
– „Aktyw jest trochę naiwny, wierzy w każde słowo” – przeczytała na głos, wyraźnie wymawiając każde słowo. – To o mnie. O tej, w której tak „prawdziwie” się zakochałeś. „Parę lat uprzejmych uśmiechów i rodzinnych obiadów – niewielka cena za fotel dyrektora”. Dobry biznesplan. Solidny jak szwajcarski zegarek. Wszystko obliczyłeś. Absolutnie wszystko. Poza jednym małym szczegółem.
Spojrzała mu prosto w oczy, a w jej spojrzeniu po raz pierwszy ujrzał nie chłodny dystans, ale mroczny, pogardliwy płomień.
– Myślałeś, że twoja narzeczona z rozsądku jest aż tak ślepa?! Zabieraj swoje walizki i szukaj sobie innej głupiej z bogatym tatą! A to możesz sprzedać! Przyda się na pierwszy czas!
Mówiła to cicho, ale każde słowo wbijało się w niego jak odłamek szkła. Jego twarz wykrzywiła się. Maska skruchy opadła, odsłaniając gołą, bezsilną złość. Chciał coś powiedzieć, zaprotestować, krzyknąć, ale nie dała mu tej możliwości.
