„Przepisz mu część mieszkania”
Łarisa Pietrowna odsunęła filiżankę i złożyła dłonie na stole, jakby przygotowywała się do dłuższej rozmowy.
— Nastieńka, zrozum mnie dobrze. Nie mam nic przeciwko tobie. Jesteś dobrą i pracowitą dziewczyną. Ale jeśli wszystko zostanie tak jak teraz, sytuacja będzie niesprawiedliwa. Mieszkacie razem, a właścicielem jest tylko jedna osoba. Jeśli coś się wydarzy, Lesza zostanie bez niczego, bez praw i własnego kąta. Naprawdę tego chcesz dla przyszłego męża?
— Chcę, żeby przyszły mąż mi ufał, zamiast traktować wspólne życie jako powód do roszczeń wobec czegoś, co spłacałam sama — odpowiedziała Anastazja, starając się zachować spokojny ton.
— Nastia, nikt nie ma żadnych roszczeń — wtrącił Aleksiej. Po raz pierwszy tego wieczoru w jego głosie pojawiło się wyraźne rozdrażnienie. — Po prostu skoro mamy być rodziną, uczciwie byłoby odpowiednio wszystko uregulować.
— Nie jesteśmy jeszcze nawet małżeństwem.
— Tym bardziej trzeba to rozwiązać teraz, przed ślubem — stwierdziła Łarisa Pietrowna. — Żeby później nie było żadnych niedomówień.
Anastazja odstawiła filiżankę nieco gwałtowniej, niż zamierzała. Odrobina herbaty wylała się na spodek.
Nie patrząc już na przyszłą teściową, zwróciła się bezpośrednio do narzeczonego.
— Aleksiej, naprawdę oczekujesz, że dostaniesz udział w moim mieszkaniu? Odpowiedz sam. Bez mamy.
Aleksiej nie zdążył odpowiedzieć. Ponownie zrobiła to za niego Łarisa Pietrowna, ale tym razem jej głos nie był już tak łagodny jak wcześniej.
— Co to za ton, Nastia? Przesłuchujesz mężczyznę przy jego własnej matce jak w sądzie. Mieszka z tobą dwa lata, przynosi pieniądze do domu, a ty traktujesz go jak obcego człowieka.
— Nikogo nie przesłuchuję. Pytam o swoją własność.
— Właśnie. „Swoją” — powtórzył Aleksiej z naciskiem i odsunął krzesło. — Cały czas tak mówisz: „moje mieszkanie”. Kim ja wobec tego jestem? Tymczasowym lokatorem? Tyle czasu mieszkamy razem, a ty nie potrafisz nawet spokojnie porozmawiać o mieszkaniu.
— Nie zamierzam oddawać połowy mieszkania człowiekowi po dwóch latach znajomości tylko dlatego, że jego mama uważa to za sprawiedliwe.
Napięcie, które jeszcze chwilę wcześniej dało się ukrywać pod pozorami spokojnej rozmowy, zniknęło. Został otwarty konflikt.
— Najpierw sam zarób na mieszkanie, a później otwieraj usta! — powiedziała Anastazja.
Słowa zabrzmiały ostrzej, niż planowała. Nie był to jeszcze krzyk, ale wyraźna granica, po której trudno było wrócić do wcześniejszej uprzejmości.
Kłótnia, której wcześniej między nimi nie było
Aleksiej natychmiast się wyprostował. Twarz mu poczerwieniała, usta zacisnęły się w wąską linię, a głos, wcześniej spokojny i opanowany, gwałtownie się podniósł.
— Jak ty w ogóle śmiesz tak do mnie mówić?! Czyli jestem dla ciebie nikim? Skoro nie zarobiłem na mieszkanie, to nie mam prawa głosu?
W jednej chwili rozmowa przerodziła się w głośną awanturę — dokładnie taką, jakiej Anastazja przez wszystkie miesiące wspólnego życia nie potrafiła sobie nawet wyobrazić.
— Myślisz, że jeśli będziesz krzyczeć, to i tak postawisz na swoim? — zapytała, wstając od stołu.
— Tak, postawię! — krzyknął Aleksiej i uderzył dłonią w stół tak mocno, że stojąca na nim miseczka z cukierkami podskoczyła. — Po ślubie i tak wszystko uregulujemy tak, jak trzeba. Nie będziesz miała wyjścia. Specjalnie robisz ze mnie lokatora, żeby później mieć mi co wypominać!
— Nikt z ciebie lokatora nie robi. Sam przed chwilą tak siebie nazwałeś.
Łarisa Pietrowna również wstała. Skrzyżowała ręce na piersi i spojrzała na Anastazję z wyraźną pogardą.
— No i pokazałaś swoją prawdziwą, chciwą naturę, Nastieńka. Myślałam, że miałaś szczęście. Trafił ci się dobry, spokojny i troskliwy mężczyzna. A ty przez dwa lata nie chcesz nawet rozmawiać o mieszkaniu i jeszcze dziwisz się, że się zdenerwował.
— Nikt niczego przed nim nie ukrywał, Łariso Pietrowno. Przez dwa lata ani razu nie poruszył tego tematu. Zrobił to dopiero teraz, kiedy pani przyjechała.
— Czyli się wstydził. Wychowanie nie pozwalało mu o tym mówić, a ty to wykorzystywałaś — odpowiedziała kobieta, po czym zwróciła się do syna. — Leszeńka, od początku ci mówiłam, żebyś nie wiązał się z takimi kobietami. Swojego nigdy nie oddadzą, a z tobą nie będą chciały się podzielić. Z taką kobietą nie można się żenić. Wspomnisz moje słowa.
— Mamo, poczekaj — próbował ją powstrzymać Aleksiej.
Było jednak za późno.
— Co „poczekaj”? Sam słyszysz, jak ona do ciebie mówi. „Najpierw zarób, później otwieraj usta”. Kim ona jest, żeby tak się do ciebie odzywać?
Aleksiej postawił warunek
Jakby słowa matki dały mu ostateczne przyzwolenie, Aleksiej ponownie zwrócił się do Anastazji. Tym razem nie próbował już zachowywać wcześniejszej łagodności.
— Chcę udziału w mieszkaniu. Załatwimy to przed ślubem, tak jak mówi mama. W przeciwnym razie nie rozumiem, po co w ogóle mamy się pobierać.
Anastazja nic nie odpowiedziała.
Powoli zdjęła z palca pierścionek zaręczynowy. Ruch był spokojny, niemal mechaniczny. Pierścionek spoczął przez chwilę w jej dłoni, po czym rzuciła go przez stół. Nie zrobiła tego mocno, ale Aleksiej musiał złapać go w locie, żeby nie potoczył się pod szafkę.
— Pakuj swoje rzeczy. I niech twoja matka też się zbiera. Wracajcie razem do jej domu. Wynoście się.
Aleksiej spojrzał na pierścionek leżący w jego dłoni, jakby nie rozumiał, co właśnie się wydarzyło.
— Co ty robisz? Mówisz poważnie?
— Bardziej poważna być nie mogę.
