— Ty w ogóle rozumiesz, co robisz? — Maksim rzucił klucze na blat tak mocno, że z brzękiem odbiły się i zatrzymały tuż przy krawędzi. — Moja matka leży, nogi odmawiają jej posłuszeństwa, a ty tutaj… co robisz? Przeglądasz Telegram?
Ludmiła nawet nie drgnęła. Jej palce automatycznie zacisnęły się na filiżance. Kawa była już prawie zimna, ale wciąż dawała jej choćby iluzję kilku chwil spokoju.
— Kompletnie oślepłaś, bezczelna? Matkę trzeba wykąpać i nakarmić, a ty tylko popijasz sobie kawkę! — krzyknął mąż.
Ludmiła powoli podniosła wzrok. Maksim stał na środku kuchni, czerwony na twarzy i rozczochrany. Miał na sobie tę samą kurtkę, którą dwa dni wcześniej prała ręcznie, bo pralka znowu się zepsuła. Na wezwanie fachowca nie było czasu, a pieniędzy szkoda.
— Dopiero co od niej wyszłam — powiedziała cicho. — Zmieniłam pościel, podałam lekarstwa…
— A nakarmiłaś ją? — przerwał jej. — Nakarmiłaś?
— Nie chce jeść. Mówi, że ma nudności.
— No tak, oczywiście! — prychnął Maksim, przeczesując dłonią włosy. — A zaproponowałaś jej chociaż coś normalnego? Czy znowu próbowałaś wepchnąć w nią tę swoją owsiankę?
Ludmiła zacisnęła usta. Owsiankę. Tak, właśnie owsiankę, bo to zalecił lekarz. Przy zapaleniu żołądka teściowej niewiele innego wchodziło w grę. Tłumaczenie tego Maksimowi wydawało się jednak równie bezcelowe jak nawlekanie igły po ciemku.
— Maksim, twoja mama sama prosiła o coś lekkiego…
— Moja mama! — wskazał ją palcem. — Moja matka umiera w tym mieszkaniu, a ty tutaj filozofujesz! Wiesz, co mi powiedziała? Że przez cały dzień nawet do niej nie zajrzałaś!
Ludmiła poczuła, jak coś boleśnie zaciska się w jej wnętrzu. Nie zajrzała? Kto więc zmieniał pieluchy? Kto zajmował się odleżynami? Kto namawiał starszą kobietę, żeby wypiła choć kilka łyków wody?
— Ona… zapomina — zaczęła ostrożnie. — Lekarz mówił, że przy demencji…
— Demencji! — przedrzeźnił ją Maksim. — Teraz zostałaś jeszcze lekarzem? Sama stawiasz diagnozy?
Odwrócił się i gwałtownie otworzył lodówkę. Wyjął coś zawiniętego w folię, powąchał i skrzywił się.
— A to co?
— Pierś z kurczaka. Dla twojej mamy na jutro.
— Na jutro… — rzucił pakunek z powrotem do lodówki. — Dla niej może nie być jutra, rozumiesz? Ma już osiemdziesiąt trzy lata! Każdy dzień może być ostatni!
Ludmiła spojrzała na swoje dłonie. Zaczerwienione od prania, ze skórkami przy paznokciach i krótkimi, połamanymi płytkami. Kiedyś miała długie, zadbane paznokcie z francuskim manicure. Ile czasu minęło? Pięć lat? Siedem?
— Robię wszystko, co mogę — powiedziała cicho.
— Wszystko? — Maksim odwrócił się gwałtownie. W jego oczach pojawiło się coś ostrego i agresywnego. — Nawet nie zbliżasz się do tego, żeby robić wszystko, co możesz! Dzwoniła moja siostra. Pytała, dlaczego nie zatrudniłem dla mamy profesjonalnej opiekunki.
Ludmiła od razu zrozumiała.
Swietłana.
Siostra Maksima mieszkająca w Moskwie, w trzypokojowym mieszkaniu z widokiem na park. Przyjeżdżała raz na pół roku, zwykle na weekend. Przywoziła pudełko czekoladek i kilka tubek kremu do rąk, żeby „Ludoczka nie zapominała o sobie dbać”. Trzy lata wcześniej stwierdziła natomiast, że nie może zabrać matki do siebie, bo Artiom potrzebuje przestrzeni do rozwoju.
— Czyli dzwoniła Swieta — Ludmiła uniosła filiżankę i wypiła łyk zimnej, gorzkiej kawy. — I co zaproponowała?
— Martwi się! W przeciwieństwie do ciebie!
— Ja się nie martwię? — głos Ludmiły nagle stał się wyższy. Sama przestraszyła się jego brzmienia. — Od sześciu lat zajmuję się twoją matką! Sześciu! A ty nawet nie pamiętasz, kiedy ostatnio sam kupiłeś jej lekarstwa!
— O, zaczyna się! — Maksim zatrzasnął lodówkę tak mocno, że magnesy na drzwiach zadrżały. — Ja pracuję! Przynoszę do domu pieniądze! Czy może zapomniałaś, z czego w ogóle żyjesz?
Ludmiła patrzyła na niego bez słowa. Na mężczyznę w pogniecionej koszuli, z przerzedzającymi się włosami i brzuchem, który uparcie nazywał oznaką „solidności”. Dwadzieścia dwa lata małżeństwa. Dwadzieścia dwa lata wspólnego życia.
I właśnie do tego doszli.
— Swieta powiedziała, że możemy kogoś zatrudnić — ciągnął Maksim. — Nawet znalazła agencję. Całodobowa opieka, profesjonaliści…
— Za jakie pieniądze?
— Za normalne. Ona też się dołoży.
— Dołoży się — powtórzyła Ludmiła. — Do całodobowej opiekunki. Wiesz w ogóle, ile to kosztuje?
Maksim machnął ręką.
— To nie twoja sprawa. Załatwimy to ze Swietą.
Nie jej sprawa.
Ludmiła wstała i podeszła do zlewu. Odkręciła wodę. Ciepłej oczywiście nie było, znowu wyłączyli ją gdzieś w okolicy. Lodowaty strumień boleśnie spływał po jej palcach.
— A jeśli powiem, że nie chcę opiekunki?
Maksim znieruchomiał.
— Co?
— Powiedziałam: co, jeśli nie chcę, żeby obca osoba przebywała w naszym domu?
Roześmiał się krótko i sucho.
— Ty nie chcesz? A kim ty właściwie jesteś, żeby czegoś chcieć albo nie chcieć? To moja matka. Mój dom!
Ludmiła zakręciła wodę i wytarła ręce w szary, sprany ręcznik z dziurą przy brzegu.
— Twój dom — powtórzyła cicho. — W takim razie opiekunka jest twoim problemem. Nakarmienie twojej matki również. Mogę już odejść?
— Ty… — Maksim otworzył usta ze zdumienia. — O czym ty w ogóle mówisz?
— O tym, że jestem zmęczona. Bardzo zmęczona, Maksim.
Słowa wychodziły z niej same. Brzmiały obco, a jednocześnie dziwnie właściwie.
— Wszyscy są zmęczeni! — ryknął. — Myślisz, że mnie jest łatwo?
— Nie. Nie sądzę, że jest ci łatwo. Myślę tylko, że nic cię to nie obchodzi.
Zapadła cisza.
Maksim patrzył na nią tak, jakby widział ją po raz pierwszy.
— Powtórz — powiedział powoli.
— Nic cię to nie obchodzi — odpowiedziała. — Ani ja, ani twoja matka, ani cokolwiek innego. Ważne jest tylko to, co powie Swietłana, co pomyślą sąsiedzi, co…
— Zamknij się.
Ludmiła odwróciła się. Maksim stał przy stole z rękami w kieszeniach i napiętymi ramionami.
— Nie wolno ci tak do mnie mówić — powiedział cicho. — Jestem twoim mężem.
— W takim razie zachowuj się jak mąż — odpowiedziała i wyszła do korytarza.
Drzwi pokoju zatrzasnęły się za nią. Ludmiła oparła się o framugę i zamknęła oczy. Serce waliło jej w gardle, w skroniach pulsowała krew.
Co ona właśnie zrobiła? Co powiedziała?
Z kuchni dobiegł huk. Maksim czymś rzucił. Po chwili rozległy się ciężkie kroki i trzaśnięcie drzwi wejściowych.
Wyszedł.
Ludmiła powoli osunęła się po ścianie i usiadła na zimnym parkiecie. Z pokoju teściowej dobiegało ciche mamrotanie. Starsza kobieta, jak zwykle wieczorami, rozmawiała sama ze sobą.
„Co ja zrobiłam?” — powtarzała w myślach Ludmiła.
A jednak gdzieś głęboko, pod warstwami strachu i poczucia winy, pojawiało się coś nowego. Coś, czego od dawna nie czuła.
Coś przypominającego nadzieję.
Noc, która zmieniła wszystko
Maksim wrócił po północy. Ludmiła słyszała, jak bezskutecznie próbuje trafić kluczem do zamka. Metal ocierał się o metal, po chwili rozległo się przekleństwo i hałas w przedpokoju.
Był pijany.
Ludmiła leżała w ciemności, naciągając kołdrę pod samą brodę. Słyszała ciężkie kroki na korytarzu, otwieranie lodówki, a następnie dźwięk czegoś spadającego na podłogę.
— Lud… Ludka… — głos Maksima był niewyraźny. — Ty co, śpisz?
Nie odpowiedziała.
— Ludka, mówię do ciebie!
Drzwi sypialni gwałtownie się otworzyły. Światło z korytarza przecięło ciemność.
— Myślisz, że będziesz milczeć? — Maksim stał w drzwiach, lekko się kołysząc. Koszulę miał rozpiętą, a na twarzy czerwone plamy. — Myślisz, że zapomniałem, jak mnie dzisiaj poniżyłaś?
Ludmiła usiadła na łóżku.
— Maksim, idź spać. Porozmawiamy rano.
— Nie chcę rano! Chcę teraz! Kim ty jesteś, żeby mi rozkazywać?
— Nikomu nie rozkazuję. Po prostu…
— „Po prostu”, „po prostu”! Zawsze to samo! Wiesz, co powiedział mi dzisiaj Żeńka? Powiedział: „Maks, za bardzo rozpuściłeś swoją żonę. Weszła ci na głowę”.
Ludmiła milczała.
Żeńka był kolegą Maksima z warsztatu samochodowego. Trzykrotnie się rozwodził, a mimo to uważał się za znawcę rodzinnego życia.
— I wiesz co? Ma rację — ciągnął Maksim, siadając na skraju łóżka. — Daję ci wszystko. Wszystko! A ty? Nawet mojej matki nie potrafisz porządnie obsłużyć!
Obsłużyć.
Jak samochód w warsztacie.
— Idę spać do salonu — powiedziała Ludmiła i odrzuciła kołdrę.
— Stój! — Maksim chwycił ją za rękę. — Jeszcze nie skończyłem!
— A ja skończyłam — wyswobodziła rękę. — Skończyłam słuchać tych obrzydliwości.
— Obrzydliwości? — poderwał się, lecz stracił równowagę i musiał złapać się oparcia łóżka. — To ja mówię obrzydliwości?
— Tak.
Ludmiła wyszła i przymknęła za sobą drzwi.
Położyła się na kanapie w salonie i przykryła kocem. Z sypialni przez jakiś czas dobiegało jeszcze mamrotanie Maksima. W końcu zapadła cisza.
Zasnął.
Ludmiła zamknęła oczy, ale sen nie nadchodził. W głowie wciąż słyszała jego słowa i pełne pogardy intonacje. Zastanawiała się, kiedy wszystko się zmieniło. W którym momencie stali się dwojgiem obcych ludzi, których łączył już tylko wpis w dokumentach.
Nagle telefon Maksima leżący na stoliku zaczął wibrować. Zostawił go w salonie.
Ekran się rozświetlił.
Ludmiła spojrzała odruchowo. Nie chciała czytać wiadomości, ale jej treść natychmiast przykuła wzrok:
„Słoneczko, gdzie zniknąłeś? Czekam”.
Słoneczko.
Sięgnęła po telefon. Maksim nigdy nie ustawiał hasła, twierdząc, że takie zabezpieczenia są paranoją.
Otworzyła komunikator.
Kontakt zapisany był jako „Natasza (praca)”.
Pierwsza wiadomość pochodziła z sierpnia. Cztery miesiące wcześniej.
„Maksimka, dziękuję za wczoraj! Jesteś taki troskliwy”.
„Daj spokój, drobiazg))”.
„Dla mnie to nie drobiazg. Dawno się tak nie śmiałam”.
Im dalej czytała, tym więcej znajdowała.
Były zdjęcia. Blondynka z ułożonymi włosami, w czerwonej sukience i z kieliszkiem wina. Było również wspólne selfie Maksima i Nataszy w jakiejś kawiarni. Oboje się uśmiechali.
Zdjęcie pochodziło z października — z czasu, kiedy Maksim rzekomo „zostawał dłużej w pracy”.
„Nie mogę doczekać się weekendu. Jedziemy do ośrodka, prawda?”
„Oczywiście, kotku. Już zarezerwowałem”.
Ośrodek.
Weekend w listopadzie, kiedy Maksim powiedział jej, że jedzie z Żeńką na ryby.
Ludmiła przewijała dalej. Wiadomości liczyły się w setkach. Były nagrania głosowe. Włączyła jedno z nich i przyłożyła telefon do ucha.
Z głośnika popłynął młody, dźwięczny kobiecy głos.
— Kochanie, tęsknię. Kiedy się zobaczymy? I jeszcze jedno… obiecałeś z nią porozmawiać. No, ze swoją żoną. Powiedziałeś przecież, że rozwiedziesz się do Nowego Roku.
Do Nowego Roku.
Rozwiedziesz się.
Telefon niemal wysunął się Ludmile z dłoni. Patrzyła przed siebie w ciemność.
Cztery miesiące.
Przez cztery miesiące Maksim ją okłamywał. Spotykał się z Nataszą, a później wracał do domu, gdzie Ludmiła prała jego ubrania, gotowała, zajmowała się jego matką i wysłuchiwała kolejnych pretensji.
Z pokoju teściowej dobiegł kaszel.
— Kto tam? Kto chodzi? — odezwała się starsza kobieta.
Ludmiła odłożyła telefon Maksima i weszła do pokoju.
Teściowa leżała z otwartymi oczami, wpatrując się w sufit.
— To ja, mamo. Potrzebuje pani czegoś?
— Wody — wyszeptała. — A gdzie Sonia? Sonia ma mi dać lekarstwo.
Sonia była jej młodszą córką, która zmarła na raka piętnaście lat wcześniej.
— Już przynoszę.
Ludmiła poprawiła poduszkę, nalała wody z dzbanka i pomogła teściowej unieść głowę. Starsza kobieta wypiła kilka łyków.
— Dziękuję, dziewczynko — wymamrotała. — Jesteś dobra. A ta… jak jej… żona Maksima… ona jest zła. Nie lubi mnie.
Ludmiła zamknęła za sobą drzwi i wróciła do salonu.
Ponownie wzięła telefon Maksima.
Tym razem przeczytała wszystko.
Każdą wiadomość. Każdą emotikonę. Każdą obietnicę.
Natasza miała dwadzieścia osiem lat i pracowała jako administratorka w tej samej firmie, w której Maksim był kierownikiem działu. Chciała dzieci i ślubu. Chciała Maksima tylko dla siebie, bez „tej starej krowy”, jak określiła kiedyś Ludmiłę.
Świt nadszedł niemal niezauważenie. Szare światło zaczęło przesuwać się po ścianach salonu.
Ludmiła nadal siedziała na kanapie z telefonem w dłoniach.
Nie płakała.
Nie czuła nawet złości.
W środku panowała pustka.
Odłożyła telefon na miejsce, wstała i poszła do kuchni. Włączyła czajnik, wyjęła kubek i wsypała kawę.
Wykonywała wszystkie ruchy automatycznie.
Dopiero kiedy zalała kawę wrzątkiem i po kuchni rozszedł się gorzki aromat, coś w niej drgnęło.
Maksim chciał rozwodu przed Nowym Rokiem.
Dobrze.
Ludmiła spojrzała na kalendarz wiszący na lodówce.
Był siódmy grudnia.
Zostały trzy tygodnie.
