— Rita, ile jeszcze będziemy to odkładać? — Jegor odstawił kubek z kawą na stolik i odwrócił się w moją stronę. — Do ślubu zostało pięć miesięcy, a moi rodzice właściwie cię nie znają.
Przewijałam ekran telefonu, udając, że pochłaniają mnie cudze zdjęcia i przepisy na barszcz. W rzeczywistości od dziesięciu minut czytałam ten sam post o kociętach.
Jegor miał rację.
Byliśmy razem od dwóch lat. Zaręczyliśmy się w Nowy Rok, a ślub zaplanowaliśmy na lipiec. Mimo to jego rodzice wiedzieli o mnie zaledwie trzy rzeczy: że urodziłam się w Malinowce, skończyłam prawo i lubię gotować.
— Przecież mnie widzieli — mruknęłam, nie odrywając wzroku od ekranu.
— Widzieli! Przez piętnaście minut w kawiarni pół roku temu. Mama nawet nie zdążyła z tobą porządnie porozmawiać.
Oj, porozmawiała. Doskonale pamiętałam tamto spotkanie. A właściwie przesłuchanie.
Maria Walentinowna zadawała pytania z miną lekarza medycyny sądowej oglądającego wyjątkowo nieprzyjemny przypadek. Gdzie studiowałam? Kim są moi rodzice? Jakie mamy mieszkanie? Czy posiadam samochód?
Jegor nerwowo obracał łyżeczkę w filiżance i próbował zmienić temat, ale jego matka zachowywała się tak, jakby w ogóle go nie słyszała.
— Może jednak nie powinniśmy się jeszcze tak bardzo zbliżać? — spróbowałam ponownie. — Pobierzemy się, a później wszystko jakoś samo się ułoży.
— Rita — Jegor usiadł obok i wyjął telefon z mojej dłoni. — Co ty opowiadasz? Jesteśmy dorośli. Rodzina to nie tylko ty i ja. Chyba też chciałabyś mieć normalne relacje z rodzicami swojego męża?
Czy chciałam?
Najchętniej widziałabym ich gdzieś bardzo daleko, skąd przyjeżdżaliby do nas najwyżej raz na kilka lat. Anatolij Siergiejewicz był jeszcze do zniesienia. Małomówny i zdecydowanie nie on rządził w tym małżeństwie.
Maria Walentinowna była zupełnie inna. Patrzyła na człowieka tak, jakby bez przerwy wyceniała jego wartość, a potem dochodziła do wniosku, że nawet najniższa cena byłaby zbyt wysoka.
— To ludzie sukcesu, Rita — ciągnął Jegor, głaszcząc mnie po dłoni. — Tata od zera stworzył własną klinikę stomatologiczną, a mama prowadzi biznes farmaceutyczny. Chcą po prostu wiedzieć, że ich syn dobrze wybrał.
— A jeśli źle?
— Nie mów głupstw. — Nachylił się i pocałował mnie w skroń. — Oni po prostu poważnie traktują rodzinę. Chcą się przekonać, że jesteś rozsądną dziewczyną i że nasz związek naprawdę ma przyszłość.
Rozsądna dziewczyna z Malinowki. Brzmiało zabawnie.
— Dobrze — poddałam się. — Kiedy?
Jegor rozpromienił się tak, jakbym właśnie zgodziła się na wspólną podróż na Malediwy.
— Za dwa tygodnie mama ma jubileusz. Kończy pięćdziesiąt pięć lat. Będziemy świętować w restauracji, przyjdą krewni i przyjaciele rodziny. To idealna okazja, żeby wreszcie wszystkich ze sobą poznać.
Dla mnie brzmiało to raczej jak idealna okazja do spektakularnej porażki.
Jubileusz Marii Walentinowny przypominał egzamin u najbardziej wymagającego wykładowcy, tylko tym razem miałam oblać go na oczach całej rodziny.
Pomysł, który miał wszystko zmienić
Dwa tygodnie to jednocześnie bardzo mało i bardzo dużo. Za mało, by stać się kimś zupełnie innym, ale wystarczająco dużo, by doprowadzić się do skrajnego stresu, analizując każdy szczegół.
Leżałam wieczorem w łóżku i patrzyłam w sufit.
Co powinnam założyć? Jak się zachować? O czym rozmawiać z krewnymi Jegora?
Wiedziałam jedynie, że wujek Michaił jest chirurgiem, ciotka Swieta historyczką sztuki, a kuzyn Maksim kieruje jakąś firmą z branży IT. Wszyscy odnosili sukcesy, wszyscy mieli osiągnięcia. A ja?
Następnego ranka zadzwoniłam do mamy.
— Mamo, mam problem.
— Co się stało, córeczko? — od razu się zaniepokoiła. Zawsze reagowała w ten sposób, jakby nieustannie spodziewała się ode mnie złych wiadomości.
— Mama Jegora ma jubileusz. Pięćdziesiąte piąte urodziny. Będą wszyscy ich krewni.
— To przecież świetnie. Gdzie tu problem?
— Nie rozumiesz. Oni wszyscy są tacy… ważni. Ludzie interesu, lekarze, przedsiębiorcy. A ja jestem dla nich nikim. Dziewczyną z Malinowki, która nie wiadomo dlaczego uczepiła się ich ukochanego syna.
Mama zamilkła. Potrafiła robić dobre pauzy. Nie takie, które wywierają presję, ale takie, które pozwalają człowiekowi spokojnie zebrać myśli.
— A może po prostu pokażesz im, jaka naprawdę jesteś? — powiedziała w końcu. — Nie próbuj im się przypodobać. Zrób coś dobrego.
— Na przykład?
— Sama zorganizuj ten jubileusz. Przecież potrafisz. Pamiętasz urodziny taty? Ludzie do dziś je wspominają.
Oczywiście, że pamiętałam.
Przez tydzień jeździłam wtedy po mieście, szukałam muzyków, zamawiałam tort i układałam cały scenariusz. Ostatecznie wyszło naprawdę pięknie. Goście długo mówili, że dawno nie uczestniczyli w tak ciepłym i udanym przyjęciu.
— Mamo, ale oni żyją na zupełnie innym poziomie. Są przyzwyczajeni do luksusu.
— Tym bardziej. Pokaż, że nie jesteś tylko ładną dziewczyną. Pokaż, że potrafisz stworzyć wyjątkowe przyjęcie i zatroszczyć się o ludzi, którzy są ważni dla Jegora.
Ta myśl nie dawała mi spokoju. W południe układałam już plan, a wieczorem opowiedziałam o nim narzeczonemu.
— Chcesz sama zorganizować jubileusz mojej mamy? — upewnił się, odrywając wzrok od laptopa.
— Chcę zrobić jej niespodziankę. Ale na razie nie mów, że to ja zajmuję się wszystkim. Powiedz, że organizujesz przyjęcie sam.
— Rita, zdajesz sobie sprawę, jaka to odpowiedzialność? Mama jest bardzo… wymagająca, jeśli chodzi o takie rzeczy.
— Właśnie dlatego chcę spróbować. Jegor, zależy mi, żeby zobaczyli, że nie pojawiłam się w twoim życiu przypadkiem. Że potrafię być częścią waszej rodziny.
Zamknął laptop i mocno mnie przytulił.
— Dobrze. Tylko jeśli będziesz czegoś potrzebowała, pomocy albo pieniędzy, od razu mi mów. Jestem z tobą.
— Umowa stoi.
Przygotowania do jubileuszu
Zabrałam się do pracy z mieszaniną ekscytacji i niepokoju. Najpierw wypytałam Jegora o upodobania jego mamy. Uwielbiała białe róże, kuchnię europejską bez zbyt eksperymentalnych pomysłów oraz klasyczny, elegancki styl.
Następnie zadzwoniłam do restauracji.
— Przyjęcie na osiemnaście osób — wyjaśniałam menedżerowi. — Jubileusz eleganckiej kobiety. Powinno być stylowo, ale bez przesady.
Przez kolejny tydzień przejechałam pół miasta. Znalazłam florystę, który obiecał stworzyć kompozycje „jak dla królowej, ale ze smakiem”. Zamówiłam również tort u cukiernika poleconego przez koleżankę. Specjalizował się w klasycznych tortach bez masy cukrowej i przesadnych dekoracji.
Cały czas towarzyszyła mi dziwna mieszanina strachu i ekscytacji. Czułam się, jakbym przygotowywała się do najważniejszego egzaminu w swoim życiu.
W końcu zdecydowałam, że przyjęcie odbędzie się w restauracji „Wersal”.
— To idealne miejsce — powiedziałam Jegorowi. — Niewielkie, ale bardzo stylowe. Jest nowe, działa dopiero pół roku, a już znalazło się wśród najlepszych lokali w mieście. Przecież sam je znasz.
Jegor przeglądał zdjęcia wnętrza: aksamitne fotele w kolorze kości słoniowej, kryształowe żyrandole i żywe kwiaty w wysokich wazonach. Wszystko wyglądało elegancko i kosztownie, ale bez przesadnego przepychu.
— Robi wrażenie — przyznał. — Mama będzie zachwycona.
— Oby wszystko wyszło idealnie.
I rzeczywiście wyszło.
Wieczór, który zaczął się idealnie
W dniu jubileuszu przyjechałam do restauracji już o czternastej, chociaż goście mieli pojawić się dopiero o osiemnastej. Chciałam osobiście sprawdzić każdy szczegół: ustawienie stołów, kwiatów i oświetlenia.
Białe róże w wysokich wazonach tworzyły atmosferę subtelnego luksusu.
Menu również dopracowałam bardzo starannie. Miały pojawić się między innymi grillowany łosoś z sosem truflowym, cielęcina po mediolańsku i risotto z borowikami. Na swoją kolej czekał klasyczny tort „Napoleon” z naturalnym kremem waniliowym.
Maria Walentinowna pojawiła się o wpół do szóstej. Miała na sobie elegancką granatową suknię, perfekcyjnie ułożone włosy i perłowy naszyjnik.
Zatrzymała się w wejściu do sali i znieruchomiała.
— Mój Boże! — westchnęła, rozglądając się dookoła. — Jegor, to jest… niesamowite!
Obeszła całą salę. Dotykała kwiatów i dokładnie oglądała nakrycia stołów. Z każdą minutą jej twarz stawała się coraz bardziej promienna.
Personel pracował bez zarzutu i wiedziałam, że mogę na nim polegać.
— Synku, jak ty to wszystko zorganizowałeś? — zapytała, obejmując Jegora. — Nie wiedziałam, że masz aż tak doskonały gust.
— Mamo, najważniejsze, żeby tobie się podobało — odpowiedział, spoglądając ukradkiem w moją stronę.
— Podobało? Przecież to bajka! Taki styl, taka elegancja. I moje ulubione kwiaty. Pamiętałeś o wszystkim. Dziękuję!
Wkrótce zaczęli przyjeżdżać pozostali goście: wujek Michaił z ciotką Swietą, kuzyni, znajomi rodziny i współpracownicy. Wszyscy zachwycali się wystrojem i wyborem lokalu.
Maria Walentinowna przyjmowała gratulacje i promieniała jak prawdziwa królowa wieczoru. Muszę przyznać, że sprawiało mi przyjemność obserwowanie jej szczęścia.
Sommelier nalewał szampana, kelnerzy podawali przystawki, a wszystko przebiegało zgodnie z planem.
Co jakiś czas wymieniałam z Jegorem spojrzenia. Uśmiechał się, wyraźnie zadowolony z efektu.
O wpół do siódmej przyjechali moi rodzice.
Wyglądali odświętnie, choć trochę niepewnie. Mama założyła swoją najlepszą czarną sukienkę, a tata nowy ciemny garnitur. Przynieśli prezent — piękny wazon z czeskiego kryształu — oraz bukiet białych róż.
— Rituś, jak tutaj pięknie — powiedziała mama, szczerze zachwycona salą. — Co za restauracja!
— Trzeba przyznać, że potrafili wybrać miejsce — dodał tata.
Zaprowadziłam ich do wspólnego stołu.
Maria Walentinowna siedziała na honorowym miejscu i przyjmowała kolejne życzenia. Była otoczona uwagą i podziwem. Kiedy zobaczyła moich rodziców, jej twarz momentalnie się zmieniła.
— A to co ma znaczyć? — zapytała, nawet się z nimi nie witając.
— Mario Walentinowno — zaczęła moja mama, wyciągając w jej stronę bukiet — gratulujemy jubileuszu. Życzymy zdrowia, szczęścia…
— Stop! — przerwała jej przyszła teściowa i poderwała się z miejsca. — Kto was w ogóle tutaj zaprosił?
Rozmowy natychmiast ucichły. Wszyscy zwrócili wzrok w naszą stronę.
Jegor gwałtownie wstał.
— Mamo, ja ich zaprosiłem. Co ty wyprawiasz? To rodzice Rity.
— Właśnie dlatego jestem oburzona! Tylko kołchoźników brakowało mi na moim jubileuszu! — odpowiedziała lodowato Maria Walentinowna. — Na moim przyjęciu nie ma dla was miejsca. To nie wiejski dom kultury, tylko droga restauracja! Służby tutaj nie wpuszczają!
