
Fiat 126p po mężu stał w garażu, dzieci powtarzały: “sprzedaj na części”. Wnuk uparł się, że go naprawimy – rok sobót przy silniku. W maju na zlocie ktoś zapytał, czyj to maluch. Wnuk odpowiedział: “nasz z babcią”.
Klucz do garażu wisiał na haku w przedpokoju od sześciu lat. Nikt go nie zdejmował, nikt nie pytał. Czasem, przechodząc obok wieszaka, dotykałam go palcem – zimny, mały, z wyblakłą czerwoną zawieszką, którą Staszek sam zrobił z kawałka skóry.
Garaż był trzy ulice dalej, w szeregu takich samych blaszaków na osiedlu, i stał się czymś w rodzaju grobowca – miejscem, do którego się nie wchodzi, ale o którym się pamięta.
Dzieci miały swoje zdanie.
– Mamo, ten garaż kosztuje cię dwieście złotych miesięcznie za nic – Grzegorz powtarzał to przy każdych odwiedzinach, odkąd Staszek odszedł. – Maluch jest wart może dwa tysiące na części. Zdejmij sobie ten ciężar.
Marzena była delikatniejsza, ale mówiła to samo innymi słowami.
– Tata by nie chciał, żebyś się tym obciążała. To tylko samochód.
Tylko samochód. Fiat 126p, rocznik osiemdziesiąty drugi, kolor zielony, który Staszek kupił za swoją pierwszą poważną wypłatę z zakładów mechanicznych w Tarnowie. Jeździliśmy nim na działkę, na grzyby, do rodziców Staszka pod Dębicę.
Marzena stawiała pierwsze kroki trzymając się zderzaka. Grzegorz zdał nim swój pierwszy egzamin na prawo jazdy i zdrapał lakier o słupek przy garażu – Staszek naprawiał to przez dwa weekendy, klnąc pod nosem i jednocześnie się uśmiechając.
Tylko samochód.
Miałam sześćdziesiąt trzy lata, dwadzieścia osiem przepracowanych w szkole podstawowej jako nauczycielka matematyki, emeryturę, która ledwo ciągnęła rachunki, i garażowy czynsz, który rzeczywiście był wydatkiem.
Grzegorz miał rację z ekonomicznego punktu widzenia. Marzena miała rację z praktycznego. A ja nie umiałam im wytłumaczyć, dlaczego nie potrafię sprzedać tego samochodu na części.
Bo to by znaczyło, że rozbieramy Staszka na kawałki. Że silnik idzie w jedną stronę, skrzynia biegów w drugą, a kierownica – ta sama, której dotykał codziennie przez trzydzieści lat – trafia do jakiegoś obcego człowieka na bazarze.
Nie umiałam tego powiedzieć głośno. Brzmiało irracjonalnie. Pewnie było irracjonalne.
A potem, w październiku, przyjechał Kuba.
Kuba to syn Grzegorza, miał wtedy piętnaście lat, chodził do technikum samochodowego i miał w oczach ten sam błysk co Staszek, kiedy mówił o silnikach. Grzegorz przywiózł go na weekend – sam jechał dalej, na jakąś konferencję w Rzeszowie.
– Babciu, mogę zobaczyć malucha? – zapytał Kuba w sobotę rano, jedząc kanapkę z dżemem nad zlewem.
Zaskoczył mnie. Nie wiedziałam, że w ogóle wie o maluchu.
– Tata mówił, że dziadek miał fiata sto dwadzieścia szóstkę i że stoi w garażu.
– Stoi – powiedziałam ostrożnie. – Ale nie wiem, w jakim jest stanie. Nikt tam nie zaglądał od…
– To chodźmy zobaczyć.
Poszliśmy. Klucz zszedł z haka pierwszy raz od lat. Kuba szedł obok mnie i gadał o jakimś filmie na internecie, gdzie ktoś odrestaurował starego malucha, i że w technikum mają warsztat, i że nauczyciel od praktyk powiedział, że fiat 126p to najlepszy samochód do nauki, bo prosty jak cepa.
