Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy, było odbicie słabnącego światła słonecznego w szybie okna mojego mieszkania.
To był jeden z tych wyczerpujących, wysysających duszę dni, kiedy miasto wydawało się bezlitosną maszyną, która mnie miażdży i odrzuca. Mój laptop wciąż stał otwarty na kuchennym blacie, niedokończony e-mail migotał słabo na ekranie, a ja stałam przy oknie z telefonem przy uchu. Na zewnątrz panorama Bostonu rysowała ostre sylwetki na tle nieba skąpanego w pomarańczach i różach. W tej krótkiej ciszy głos, którego najmniej chciałam słyszeć, przebił się przez ciszę z zimną satysfakcją.
„Masz dożywotni zakaz wstępu do rodzinnego domu na plaży”.
Słowa wyszły z ust Diany Crawford, mojej macochy, i wyrwały się z głośnika z ostrą, niemal radosną brutalnością, która sprawiła, że mocniej zacisnęłam dłoń na telefonie. Patrzyłam na swoje odbicie w szybie – ciemne włosy spięte w luźny, niedbały kok, sweter zsuwający się z jednego ramienia – a z ulicy w dole dobiegał odległy szum ruchu ulicznego.
