O 10:07 szarego poranka na Manhattanie, starsza wspólniczka Margaret Donnelly przeszła przez marmurowy hol i powiedziała na tyle głośno, by recepcja, czekający klienci i krąg śmiejących się moich szwagrów mogli usłyszeć: „Pani Patterson, pan Hale jest zaszczycony, że mogła pani przyjść osobiście”.
Uśmiech Ryana Bennetta zniknął tak szybko, że wyglądał aż boleśnie.
Trzy minuty wcześniej opierał się o barierkę bezpieczeństwa z dwoma współpracownikami, mówiąc: „Pewnie tu żebrze o pracę. Bezrobotna siostra mojej żony”. Po czym obdarzył mnie uśmiechem, jakiego ludzie używają, gdy oczekują, że zaakceptujesz upokorzenie jako element rodzinnego humoru. Współpracownicy się roześmiali. Zostałem na krześle, z rękami złożonymi na teczce i pozwoliłem, by cisza zapadła tam, gdzie jej miejsce.
