– Zapłacę. Mandat – powiedział Zbyszek, jakby sześćset złotych mogło zamknąć całą sprawę. Jolanta patrzyła na zdjęcie leżące obok masła i po raz pierwszy od trzydziestu lat nie wiedziała, kim jest człowiek siedzący naprzeciw niej.
Koperta leżała na wycieraczce, kiedy wróciła z pracy.
Szara, urzędowa, z logo GITD i sztywnym okienkiem, przez które widać było jej nazwisko wydrukowane grubą czcionką. Podniosła ją razem z rachunkiem za wodę i ulotką pizzerii. Dopiero w kuchni, przy herbacie, otworzyła.
Zdjęcie było niewyraźne, jak to z fotoradarów, ale wystarczająco ostre.
Nasza skoda. Ciemnozielona. Z charakterystyczną rysą na zderzaku, którą Zbyszek obiecywał naprawić od zeszłego lata.
Numer rejestracyjny. Data: czwartek, czternasty czerwca. Godzina: trzynasta dwadzieścia siedem. Miejsce: droga krajowa pod Mławą. Prędkość: sto siedem w terenie zabudowanym.
Jolanta odłożyła zdjęcie na stół i przez chwilę patrzyła na nie, jak na fotografię kogoś obcego.
Bo w ten czwartek Zbyszek był na działce.
Tak powiedział rano, kiedy wychodziła do sklepu. Siedzieli przy śniadaniu, jedli jajecznicę z cebulą, a on mówił, że musi nareszcie opryskać róże i przesadzić pomidory.
Działka leżała dwanaście kilometrów od ich bloku w Olsztynie.
Mława — ponad dwieście.
A potem Jolanta zobaczyła drugą rzecz.
Na miejscu pasażera ktoś siedział.
Sylwetka była niewyraźna, ale widoczna. Jasne włosy. Szczupłe ramię oparte o szybę. Kobieta.
Odwróciła zdjęcie na drugą stronę, jakby tam miało być wyjaśnienie. Był tylko numer sprawy i pouczenie o obowiązku wskazania kierowcy.
Jolanta miała pięćdziesiąt osiem lat i od dwudziestu sześciu prowadziła sklep papierniczy na osiedlu pod Olsztynem. Zbyszek był od niej o dwa lata starszy. Całe życie pracował na kolei — najpierw jako zwrotniczy, potem dyżurny ruchu, a ostatnie lata przed emeryturą w biurze.
Od dwóch lat był w domu.
To znaczy — tak jej się wydawało.
Schowała kopertę do szuflady pod serwetkami i zrobiła kolację. Zbyszek wrócił o siódmej. Pachniał ziemią i potem, miał zielone smugi na kolanach spodni.
– Róże opryskane – powiedział, myjąc ręce w łazience. – Jutro wezmę się za pomidory.
Nie zapytała o Mławę.
Nie zapytała o nic.
Nakryła do stołu, podała ziemniaki z kotletem i surówkę. Jedli w ciszy, ale Zbyszek nie zwrócił na to uwagi. Włączył telewizor i oglądał wiadomości.
Jolanta zmywała i patrzyła przez okno na parking. Na ich skodę stojącą pod kasztanowcem. I myślała o tym, że zna ten samochód lepiej niż twarz własnego męża.
Następnego dnia w sklepie nie mogła się skupić. Pomyliła zamówienie. Zamiast pięćdziesięciu zeszytów w kratkę wpisała pięćset.
Krysia, jej pracownica, spojrzała na nią dziwnie, ale nic nie powiedziała.
Przez całe przedpołudnie Jolanta sprawdzała w telefonie trasę Olsztyn–Mława.
Dwieście trzynaście kilometrów.
Dwie i pół godziny w jedną stronę.
Żeby być pod Mławą o trzynastej dwadzieścia siedem, Zbyszek musiałby wyjechać najpóźniej o dziesiątej trzydzieści.
Tamtego czwartku wyszedł z domu o dziewiątej. Jolanta pamiętała, bo odwróciła się od lustra w przedpokoju i powiedziała mu, żeby kupił ziemię do kwiatów.
Kiwnął głową i zamknął drzwi.
O dziewiątej.
Do Mławy dwie i pół godziny. Wszystko się zgadzało — tyle że w złą stronę.
Wieczorem leżała obok niego w łóżku i słuchała, jak oddycha.
Trzydzieści lat razem. Dwoje dzieci — Patryk w Gdańsku, Magda w Warszawie. Dom, kredyt spłacony, emerytura, działka. Życie ułożone jak puzzle, kawałek do kawałka.
I nagle jeden kawałek nie pasował.
Nie zrobiła sceny. Nie płakała.
Czuła coś dziwnego, jakby ktoś jej powiedział, że Ziemia jest płaska, a ona musiała sama zdecydować, czy to prawda.
W sobotę rano Zbyszek zapytał, czy potrzebują czegoś z marketu. Powiedziała, że nie. Kiedy wyszedł, otworzyła szufladę i wyjęła zdjęcie.
Patrzyła na tę sylwetkę. Jasne włosy. Ramię na szybie.
Kim była? Ile miała lat? Czy Zbyszek mówił jej, że jedzie na działkę — tak jak Jolancie mówił, że jedzie na działkę?
Pomyślała o Teresie, sąsiadce z drugiego piętra, której mąż miał kochankę przez jedenaście lat. Teresa dowiedziała się przypadkiem, z wyciągu bankowego. Regularne przelewy na konto, którego nie znała.
Jolanta pamiętała, jak siedziały w jej kuchni, a Teresa mówiła spokojnym głosem, za spokojnym, że najgorsze nie było to, że ją zdradził.
Najgorsze było to, że przez jedenaście lat żyła w świecie, który nie istniał.
Teraz Jolanta rozumiała, co miała na myśli.
W poniedziałek zadzwoniła do Magdy. Nie po radę. Po głos.
Magda opowiadała o pracy, o tym, że Bartek chce zmienić przedszkole dla Zosi, o remoncie w łazience. Jolanta słuchała i myślała: czy powiedzieć? Czy obciążyć ją tym?
Nie powiedziała.
We wtorek Zbyszek znowu jechał na działkę.
Tym razem Jolanta obserwowała. Nie jak detektyw z filmu, tylko jak kobieta, która nie potrafi nie patrzeć.
Wyszedł o wpół do dziesiątej. Z okna widziała, jak wsiadł do skody, jak ruszył i skręcił w lewo — w stronę obwodnicy.
Na działkę jechało się w prawo.
