Pianino, które zamilkło po śmierci męża
Stało w rogu salonu przez trzydzieści osiem lat. Czarne pianino Calisia z lekko wytartą literą „C” na klawiaturze było świadkiem niemal całego mojego dorosłego życia. Każda rysa na lakierze przypominała jakąś historię, a ślady po filiżankach herbaty były pamiątką po Staszku, który uparcie odkładał kubek na wieko instrumentu, choć zawsze go za to strofowałam.
Po jego śmierci w mieszkaniu zapadła cisza. Przez pewien czas próbowałam jeszcze siadać przy klawiaturze. Kładłam dłonie na klawiszach, ale coraz częściej nie potrafiłam wydobyć z nich ani jednego dźwięku. Chopin grany w pustym mieszkaniu nie dawał już ukojenia. Brzmiał raczej jak wspomnienie czegoś, czego nie da się odzyskać.
Mam na imię Lucyna. Przez trzydzieści cztery lata uczyłam muzyki w szkole podstawowej na lubelskim Czechowie. Przez moje lekcje przewinęły się setki dzieci, które z niepewnością stawiały pierwsze muzyczne kroki. Po przejściu na emeryturę pianino zostało ze mną, ale z każdym rokiem coraz bardziej czułam, że instrument nie powinien milczeć.
Nawet pan Waldemar, który od lat stroił pianino, powiedział kiedyś spokojnie:
– Instrument musi żyć. Jeśli nikt na nim nie gra, drewno zaczyna pracować inaczej.
Wiedziałam, że ma rację.
Pewnego niedzielnego wieczoru usiadłam przy kuchennym stole i zamieściłam krótkie ogłoszenie. Napisałam tylko, że oddam sprawne pianino Calisia za darmo, pod warunkiem odbioru we własnym zakresie.
Nie chciałam pieniędzy. Chciałam jedynie, aby ktoś znów na nim grał.
Odpowiedzi pojawiły się szybko. Jedni chcieli rozebrać instrument na części, inni pytali, czy mogę jeszcze dopłacić do transportu. Dopiero jedna wiadomość sprawiła, że poczułam, iż znalazłam właściwych ludzi.
Napisała Agnieszka spod Siedlec. Opowiedziała o swojej ośmioletniej córce Hani, która uczy się gry na keyboardzie i marzy o prawdziwym pianinie.
Odpisałam tylko:
– Proszę przyjechać.
W sobotę pojawili się całą rodziną. Hania od wejścia podeszła do pianina i delikatnie dotknęła jednego klawisza.
– Mogę? – zapytała nieśmiało.
Po chwili zagrała kilka pierwszych dźwięków „Wlazł kotek na płotek”, po czym speszona zabrała ręce.
– Jeszcze się uczę…
Patrzyłam na nią i wiedziałam, że pianino znalazło swój nowy dom.
Gdy Darek z kolegą przez blisko czterdzieści minut znosili instrument po schodach, przypomniałam sobie dzień, kiedy mój mąż wnosił go dokładnie tą samą drogą.
Kiedy samochód odjechał, w salonie została jedynie jaśniejsza plama na podłodze.
Po trzydziestu ośmiu latach nawet drewno pamięta, gdzie stało pianino.
