Mamo, weźmiesz Zosię i Kubę na weekend? Z Marcinem musimy coś załatwić, takie urzędowe sprawy – powiedziała Agnieszka zwyczajnym głosem, a ja zgodziłam się od razu, zanim przyszło mi do głowy zadać choć jedno pytanie.
Wnuki u babci na weekend. Co w tym dziwnego?
Zosia miała osiem lat, Kuba pięć. Oboje znali moje mieszkanie na pamięć. Wiedzieli, w której szufladzie trzymam kredki, gdzie chowam zapasowe kapcie i że na górnej półce w spiżarce stoi słoik z landrynkami.
Agnieszka zadzwoniła w środę. Normalny telefon, normalny ton. Powiedziała, że z mężem muszą coś załatwić, że to nudne, urzędowe i wymaga dwóch osób.
Nie brzmiała jak ktoś, komu właśnie pęka życie.
Dopiero w piątek, kiedy zaparkowała pod blokiem i zaczęła wyładowywać samochód, poczułam pierwsze ukłucie niepokoju.
Najpierw jedna walizka. Potem druga. Potem trzecia.
Za nimi pudło z zabawkami, kosz dla psa i Drops, ich spaniel, który normalnie nie opuszczał domu, bo Marcin zawsze powtarzał, że pies nie znosi podróży.
Stałam w drzwiach klatki i patrzyłam na ten rosnący stos, jakby ktoś powoli układał przede mną odpowiedź, której jeszcze nie umiałam przeczytać.
– Na weekend? – zapytałam.
Agnieszka poprawiła pasek torby na ramieniu.
– Wiesz, jak to z dziećmi – odpowiedziała, nie patrząc mi w oczy. – Lepiej mieć zapas ubrań.
Trzy walizki na dwa dni. Kosz dla psa, którego miał pilnować Marcin. Córka, która od progu uciekała wzrokiem.
Pomogłam jej wnieść rzeczy na trzecie piętro. Ona od razu zaczęła rozpakowywać walizkę Zosi w pokoju gościnnym. Nie zostawiła ubrań w torbie. Powiesiła sukienki w szafie, poukładała bluzki na półce, wsunęła piżamę pod poduszkę.
Robiła to starannie, jak ktoś, kto urządza się nie na weekend, tylko na dłużej.
Zauważyłam to. Oczywiście, że zauważyłam.
Ale nic nie powiedziałam. Jeszcze nie.
– Zadzwonię jutro – rzuciła w drzwiach.
Pocałowała dzieci szybko, zbyt szybko. Jakby bała się, że jeśli zatrzyma się przy nich choć chwilę dłużej, coś w niej puści.
Drops zaszczekał za nią w korytarzu. Zosia wzięła go na ręce, przycisnęła pysk psa do policzka i powiedziała głosem, który wcale nie pasował do ośmiolatki:
– Babciu, Drops tęskni za mamą. Ja też, ale ja umiem to schować.
Osiem lat. A wiedziała więcej niż ja.
Sobotę przeżyliśmy normalnie, bo dzieci potrzebują normalności nawet wtedy, kiedy dorośli już jej nie mają.
Rano zrobiłam naleśniki. Kuba chciał z dżemem, Zosia z cukrem. Drops krążył pod stołem i udawał, że nigdy w życiu nie dostał nic do jedzenia.
Potem był spacer, park na Jachrance, lody po obiedzie i wieczorem bajka na kanapie. Zosia głaskała Dropsa tak długo, aż pies zasnął z głową na jej kolanach.
Była grzeczna jak nigdy.
Kuba budował zamki z klocków i co jakiś czas pytał:
– Babciu, a kiedy mama wróci?
– W niedzielę – odpowiadałam.
Powtarzałam to spokojnie, bo sama w to wierzyłam.
W niedzielę o dziewiątej rano przyszedł SMS od Agnieszki.
„Mamo, coś się przeciągnęło. Jeszcze dzień-dwa, dobrze? Przepraszam, wytłumaczę”.
Przeczytałam tę wiadomość trzy razy.
Potem odłożyłam telefon i zrobiłam Kubie kanapkę z dżemem.
Dzień-dwa zamieniły się w tydzień. Agnieszka dzwoniła wieczorami do dzieci, zawsze mniej więcej o tej samej porze. Rozmawiała z nimi po pięć, sześć minut. Wesołym, napiętym głosem mówiła, że mama i tata muszą skończyć ważne sprawy.
Kuba pokazywał jej przez kamerę klocki. Zosia pytała, czy Drops dużo śpi. Agnieszka odpowiadała, że bardzo tęskni i że jeszcze trochę.
Kiedy Kuba oddawał mi telefon, na ekranie widziałam czas rozmowy. Cztery minuty i trzydzieści sekund. Pięć minut i jedenaście sekund. Ani razu dłużej niż sześć.
Potem brałam słuchawkę ja.
– Agnieszka, co się dzieje?
– Mamo, naprawdę wszystko w porządku.
– To dlaczego dzieci nadal są u mnie?
– Bo potrzebujemy trochę czasu.
– Na co?
Po drugiej stronie zapadała cisza.
– Na załatwienie spraw. Mamo, proszę, nie pytaj teraz.
Nie pytałam. Przez pierwsze pięć dni nie pytałam, bo wierzyłam. Przez następne trzy nie pytałam, bo się bałam. A potem przestałam pytać, bo zrozumiałam, że odpowiedzi nie dostanę przez telefon.
Ósmego dnia zadzwoniłam do Marcina.
Sygnał był. Jeden, drugi, piąty. Nikt nie odebrał.
Zadzwoniłam jeszcze raz. I jeszcze.
Za czwartym razem numer był już niedostępny.
Tego samego wieczoru Zosia siedziała przy stole i rysowała. Pochyliłam się nad kartką.
Narysowała dom. Nie zwykły, dziecięcy dom z dymem z komina i kwiatkami pod oknem. Ten dom miał dwoje drzwi.
Nad jednymi napisała „MAMA”. Nad drugimi „TATA”.
Między drzwiami nie było ściany. Była pusta przestrzeń.
– Co to jest, Zosiu? – zapytałam cicho.
Nie podniosła wzroku.
– To nasz dom. Ale teraz jest na pół.
Nie dopytywałam. Usiadłam obok, pogłaskałam ją po głowie i powiedziałam, że zrobię kakao.
W kuchni stałam przy oknie i wycierałam oczy rękawem bluzy, bo nie chciałam, żeby Kuba zobaczył.
Dziewiątego dnia rano zrobiłam coś, czego normalnie bym nie zrobiła.
Zostawiłam dzieci u sąsiadki Heleny z pierwszego piętra. Kuba uwielbiał jej kota, Zosia wzięła Dropsa na smycz i obiecała, że będzie grzeczna.
Potem wsiadłam w tramwaj i pojechałam na drugi koniec Płocka, na osiedle Agnieszki i Marcina.
Miałam zapasowe klucze. Nie musiałam ich używać.
Drzwi były otwarte.
Mieszkanie było w połowie puste. Szafa Marcina stała otwarta, wieszaki wisiały gołe. Biurko z jego gabinetu zniknęło. Na kuchennym blacie stały brudne kubki, trzy albo cztery, obok talerz z zeschniętą kanapką.
W zlewie leżała patelnia z przypalonym jajkiem.
Na lodówce magnetyczny napis „KOCHAM WAS”, ten, który Zosia zrobiła na Dzień Taty dwa lata wcześniej, wisiał przekrzywiony, jakby ktoś go szarpnął i zostawił.
W salonie na stole leżały papiery.
Podeszłam bliżej. Nie musiałam ich czytać.
Ale przeczytałam pierwszą stronę.
