August 19, 2026 Feed v2

Witajcie, miłośnicy opowieści! Mam na imię Lena i z przyjemnością witam Was na Blogu Autorki, blogu poświęconym wszystkiemu, co dramatyczne, kreatywne i inspirujące w świecie opowieści. Jako profesjonalna i pełna pasji pisarka, chcę dzielić się swoją miłością do sztuki opowiadania historii, wspólnie odkrywać nowe smaki i inspirować Was do tworzenia wyjątkowych tekstów każdego dnia.

Mam na imię Lucyna, w marcu skończyłam sześćdziesiąt siedem lat, a od dwóch lat przebywam na emeryturze. Przez trzy dekady stałam za ladą w sklepie papierniczym przy rynku – tym samym, w którym obecnie mieści się drogeria. Sprzedawałam zeszyty, koperty, kredki i brystol, znając z widzenia niemal połowę miasta. Kiedy sklep zamknięto i przeszłam na emeryturę, wokół mnie nagle zrobiło się bardzo cicho.

Ta cisza pogłębiła się trzy lata temu, gdy zmarł mój mąż, Staszek. Był elektrykiem, człowiekiem, który potrafił naprawić wszystko poza własnym sercem. Odszedł w nocy, niepostrzeżenie, jakby nie chciał nikogo budzić. Dokładnie tak, jak żył. Po jego śmierci moja córka, Magda, namawiała mnie na przeprowadzkę do Kędzierzyna. Nie chciałam jednak być dla nikogo ciężarem. Miałam swoje mieszkanie na trzecim piętrze, balkon pełen pelargonii i kojący widok na park. Musiałam po prostu przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości.

Wszystko zmieniło się w święta, kiedy Bartek – mój dwudziestotrzyletni wnuk studiujący informatykę – podarował mi nowoczesnego smartfona z dużym ekranem. Pokazał mi wbudowany aparat, zachwalając go jako sprzęt lepszy od starych cyfrówek, i tłumaczył, że w telefonie znajdę wszystko: od pogody po rozkład jazdy autobusów.

Do przychodni miałam zaledwie dziesięć minut spacerem, do kościoła kwadrans, a na targowisko szłam prosto przez park, więc rozkładu jazdy nie potrzebowałam. Aparat fotograficzny to jednak zupełnie inna sprawa. Sama nie wiem, kiedy dokładnie zaczęłam robić zdjęcia. Może zaczęło się od lutowych sopli na rynnie, które w porannym słońcu przypominały kryształowy żyrandol? A może od pierwszych wiosennych krokusów w parku, wybijających się spod brudnego śniegu? Zrobiłam jedno zdjęcie, potem kolejne. Do marca moja telefoniczna galeria liczyła już czterysta fotografii.

Od codziennych kadrów do archiwum wspomnień

Fotografowałam dosłownie wszystko po kolei. W moich kadrach pojawiały się bociany, zalew o świcie, stoiska z truskawkami na targu i kwitnące za biblioteką bzy. Bartek śmiał się, że założyłam prywatne archiwum, a Magda martwiła się, że patrząc w ekran, potknę się na chodniku. Sąsiadka z drugiego piętra dopytywała nawet, czy prowadzę portal internetowy. Ja jednak nie robiłam tego dla nikogo. Po odejściu Staszka potrzebowałam po prostu powodu, by wyjść z domu na dłużej niż tylko po świeże bułki.

Propozycja z biblioteki i trudna decyzja

W maju, podczas rutynowej wizyty w bibliotece, pani Krysia – młodsza bibliotekarka nosząca kolorowe okulary – zatrzymała mnie przy ladzie. Zauważyła moje zdjęcia na Facebooku, którego profil założył mi Bartek. Publikowałam tam fotografie z krótkimi opisami, takimi jak „Zalew rano, mgła jeszcze nie zeszła” czy „Bociany na Zaodrzu, trzy sztuki”, będąc przekonaną, że nikt tego nie ogląda.

Pani Krysia pochwaliła moje dobre oko i wspomniała o miejskim konkursie fotograficznym „Moje miasto w obiektywie”. Zachęcała do wysłania trzech prac, wspominając, że najlepsze z nich zawisną latem na banerach w centrum miasta. Początkowo stanowczo odmówiłam, uważając, że to konkurs dla młodych ludzi z profesjonalnym sprzętem, a nie dla emerytki ze smartfonem. Bibliotekarka nie naciskała, ale wręczyła mi ulotkę.

Wybór konkursowych fotografii

Ulotka przeleżała na kuchennym stole cały tydzień. Codziennie czytałam regulamin, w którym wyraźnie zaznaczono, że organizatorzy zachęcają do udziału mieszkańców ze wszystkich grup wiekowych. Nie było tam ani słowa o konieczności posiadania profesjonalnych aparatów. Po dwóch dniach przeglądania moich zdjęć wytypowałam finałową trójkę:

  • Bocian na gnieździe o zachodzie słońca – z pięknym, bladoróżowym niebem w tle. Wykonałam trzy ujęcia, aby uzyskać idealną ostrość i ująć go stojącego niczym rzeźba.
  • Sobotnie targowisko – stoisko z wiśniami, za którym starszy pan w kapeluszu dotykał owoców, jakby sprawdzał ich autentyczność.
  • Zalew wczesnym rankiem – kadr uchwycony przed szóstą rano, gdzie mgła unosiła się nad wodą niczym gęsty koc, a na drugim brzegu majaczyły jedynie czubki wierzb.

Wysłałam zgłoszenie i niemal natychmiast tego pożałowałam, czerwieniąc się na myśl, że urzędnicy będą z politowaniem oglądać moje amatorskie prace.

Niespodziewany telefon i wielkie wyróżnienie

W czerwcu zadzwonił nieznany numer. Zazwyczaj ignorowałam takie połączenia w obawie przed oszustami, co stale powtarzała mi Magda. Tym razem jednak, po trzeciej próbie, odebrałam. Usłyszałam głos urzędniczki z wydziału kultury, która zatelefonowała z gratulacjami – moje zdjęcia zostały wybrane do miejskiej ekspozycji. Z wrażenia po prostu usiadłam, czując, jak miękną mi nogi.

Kiedy zapytałam z niedowierzaniem, które ze zdjęć zostało wybrane, usłyszałam krótką odpowiedź: wszystkie trzy. Nie podzieliłam się tą wiadomością ani z córką, ani z wnukiem. Prawdopodobnie bałam się pomyłki i chciałam zobaczyć wystawę na własn

Dalsza część na następnej stronie:
Share on Facebook