W pierwszym tygodniu lipca na ulicach pojawiły się banery. W czwartkowe przedpołudnie ruszyłam na rynek z siatką na zakupy, udając, że idę po pomidory. Serce biło mi tak mocno, że przed apteką musiałam na chwilę przystanąć i udać zainteresowanie wystawą. I wtedy go zobaczyłam.
Mój bocian, wydrukowany na trzymetrowym banerze, dumnie wisiał na latarni. Pod spodem widniał wyraźny podpis: Lucyna Kowalska. Moje imię i nazwisko na tym samym rynku, na którym przez trzydzieści lat sprzedawałam brystol i koperty. Stałam tam z siatką z Biedronki, zapatrzona w wielki wydruk. Przechodnie musieli myśleć, że zapoznaję się z nowym regulaminem parkowania.
Ruszając dalej, dostrzegłam pozostałe prace. Bliżej ratusza zawisło zdjęcie z wiśniami z targowiska, a przy wejściu do parku – mój spowity mgłą zalew. Pod każdym z nich widniało moje nazwisko. Dopiero wieczorem zadzwoniłam do Bartka, prosząc go zagadkowo, by następnego dnia odwiedził rynek i sam się przekonał.
