Wiersz po wierszu tabela stawała się coraz dłuższa.
Natalia wpisywała daty, kwoty i krótkie wyjaśnienia, żeby później nie zastanawiać się, czego właściwie dotyczył dany wydatek.
„Wołowina — kolacja Oksany”.
„Koniak — Dima otworzył bez pytania”.
„Kiełbasa i ser — pojemnik dla Miszki”.
„Tort — rodzinne picie herbaty”.
„Proszek, szampon, płyn do naczyń — zabrała Oksana”.
Na początku część zakupów wydawała jej się zbyt drobna, żeby je zapisywać. Niektórych nawet nie pamiętała.
Później zaczęła przeglądać wiadomości.
I właśnie wtedy lista zaczęła rosnąć naprawdę szybko.
„Natasza, jesteśmy niedaleko, wpadniemy tylko na chwilkę”.
„Kup Miszce sok, bo innego nie pije”.
„Wzięliśmy z zamrażarki pierogi, bo późno wracamy do domu”.
Każde z tych zdań brzmiało niewinnie.
Jedno opakowanie.
Jedna kolacja.
Jeden pojemnik jedzenia na wynos.
Jedna butelka czegoś droższego, bo przecież „rodzina przyszła”.
Ale kiedy wszystkie te drobiazgi znalazły się w jednym arkuszu, przestały być drobiazgami.
Natalia celowo nie liczyła produktów, które sama z Siergiejem zjedli.
Nie doliczała rachunków za wodę ani prąd, mimo że krewni męża potrafili siedzieć u nich godzinami, brać prysznic po powrocie z działki, zostawać na noc i korzystać z mieszkania jak z własnego.
Nie próbowała także przeliczyć swojego czasu.
Godzin spędzonych przy kuchence.
Sprzątania stołu.
Mycia naczyń.
Prania pościeli po kolejnych noclegach.
Liczyła wyłącznie produkty i rzeczy, które kupowała, a które później zjadali albo zabierali ze sobą krewni Siergieja.
Po trzech miesiącach suma wyniosła sto osiemnaście tysięcy czterysta rubli.
Natalia sprawdziła formuły dwa razy.
Później podzieliła wynik przez trzy.
Prawie czterdzieści tysięcy rubli miesięcznie.
Patrzyła na tę liczbę i przez chwilę nie mogła oderwać od niej wzroku.
Dokładnie tyle odkładała co miesiąc na remont łazienki.
Mniej więcej tyle kosztowało leczenie zębów, które przekładała od wiosny.
I mniej więcej taką kwotę Siergiej nazywał „jakąś drobnostką”, kiedy chodziło o wydatki na jego rodzinę.
Natalia wydrukowała tabelę.
Sto osiemnaście tysięcy w trzy miesiące
Wieczorem Siergiej wrócił do domu w świetnym humorze.
Przyniósł kilka piw i niemal od progu oznajmił:
— W sobotę przyjedzie mama.
Natalia spojrzała na niego.
— Na obiad?
— Nie. Trochę u nas pomieszka. U Oksanki remont się przeciągnął, a mama ma już dość hałasu.
— Ile znaczy „trochę”?
— Tydzień. Może dwa.
Siergiej podszedł do lodówki, otworzył ją i natychmiast się skrzywił.
— Nic nie kupiłaś?
— Nie.
— Przecież wczoraj cię prosiłem.
— Słyszałam.
— To dlaczego lodówka jest pusta?
Natalia nie odpowiedziała od razu.
Wzięła ze stołu wydrukowane kartki i położyła je przed mężem.
— Ponieważ przez ostatnie trzy miesiące twoja rodzina zjadła albo wyniosła stąd produkty za sto osiemnaście tysięcy czterysta rubli.
Siergiej przebiegł wzrokiem pierwszą stronę.
Po chwili się roześmiał.
— Ty naprawdę to wszystko zapisywałaś?
— Zaczęłam dzisiaj.
— Natasza, to już nie jest normalne.
— Normalne nie jest wydawanie prawie czterdziestu tysięcy miesięcznie na dorosłych ludzi, którzy nawet nie pytają, czy mogą coś zabrać.
— To moja rodzina.
Natalia podniosła wzrok.
— A ja kim jestem?
Siergiej odrzucił kartki.
— Żoną. I właśnie dlatego powinnaś rozumieć.
— Rozumieć co?
— Że rodziny nie rozlicza się z każdego kawałka kiełbasy.
Natalia przytaknęła.
— Dobrze. W takim razie od jutra sam kupujesz jedzenie dla swoich krewnych.
Uśmiech natychmiast zniknął z jego twarzy.
Nowe zasady w domu
Natalia była przygotowana na tę rozmowę.
Nie chciała krzyczeć.
Nie zamierzała też kolejny raz wdawać się w spór o to, czy rodzina może zabrać jeden ser, dwa jogurty albo kawałek mięsa.
Wyjęła notes.
— Po pierwsze: gości zapraszamy tylko wtedy, kiedy oboje się na to zgadzamy.
Siergiej zmarszczył brwi.
— Po drugie: zakupy spożywcze do domu opłacamy po połowie.
— Natasza…
— Po trzecie: jeśli twoi krewni chcą zabierać jedzenie do domu, płacisz za nie oddzielnie.
— To już przesada.
— Po czwarte: nikt nie używa moich rzeczy ani prezentów bez pytania.
Siergiej patrzył na nią tak, jakby właśnie odczytała regulamin zakładu karnego.
— Chcesz, żebym pytał o pozwolenie, zanim zaproszę własną siostrę?
— Tak. Ja również będę pytała, zanim zaproszę swoich krewnych.
— Twoi prawie w ogóle nie przychodzą.
— Bo najpierw dzwonią.
— A mama? Mam jej teraz odmówić?
— Nie. Może zostać tydzień. Ale jedzenie dla niej kupujesz ty.
— Jesteśmy małżeństwem. Mamy wspólny budżet.
— Wspólny budżet istnieje wtedy, kiedy obie osoby wspólnie podejmują decyzje.
Siergiej sięgnął po tabelę i zaczął przewracać strony.
— Tutaj wpisałaś tort. Przecież też go jadłaś.
— Jeden kawałek. Resztę Oksana zabrała do domu.
— A tutaj mięso.
— Kupiłam je na nasz weekend. Oddałeś je Dimie.
— Jak można być aż tak małostkowym?
Natalia spodziewała się właśnie tego argumentu.
— Małostkowość to kłócić się o jedną bułkę. Sto osiemnaście tysięcy w trzy miesiące to już system finansowy.
Siergiej wstał od stołu.
— Czyli mama przyjedzie, a ty demonstracyjnie będziesz liczyć, ile zjadła?
— Nie. Po prostu nie będę finansować jej jedzenia.
— Świetnie. Wstyd przed własną matką.
— Pracujesz. Kupuj wszystko, co uważasz za potrzebne.
To zdanie rozdrażniło go bardziej niż wszystkie wcześniejsze.
Do tej pory pomaganie rodzinie było dla Siergieja łatwe.
Mógł być szczodry, serdeczny i gościnny, ponieważ rachunek najczęściej pokrywano ze wspólnej karty.
A tę kartę częściej zasilała Natalia.
Zarabiała więcej, regularnie przelewała pieniądze na jedzenie i rachunki, podczas gdy Siergiej wpłacał ustaloną kwotę i właściwie nie sprawdzał, czy wystarcza ona na wszystkie potrzeby.
Tamara Iwanowna przyjeżdża „na kilka dni”
W sobotę rano Natalia kupiła produkty dla siebie.
Jogurty.
Jajka.
Warzywa.
Pierś z kurczaka.
Kawę.
Przygotowywała z nich posiłki do pracy, więc umieściła je na oddzielnej półce.
Siergiej zobaczył to i się uśmiechnął.
— Jeszcze tabliczkę powieś: „Nie dotykać, właścicielka zła”.
Natalia bez słowa wzięła marker.
Na pojemniku napisała:
„Natasza. Obiady do pracy”.
— Kompletnie nie masz poczucia humoru — mruknął Siergiej.
Ale drugi raz się nie zaśmiał.
Tamara Iwanowna przyjechała z dwoma walizkami, dużą torbą i kwiatem doniczkowym.
— Dosłownie na kilka dni — oznajmiła, przekazując synowi bagaże. — Tylko do czasu, aż Oksanoczka skończy remont.
Natalia popatrzyła na zimowy szlafrok, poduszkę i roślinę przywiezioną pod koniec września.
Nie skomentowała.
Pierwszego wieczoru Siergiej kupił kurczaka, ziemniaki i ciastka.
Tamara Iwanowna zjadła kolację, pochwaliła syna i zapytała:
— A dlaczego Natasza nie gotowała?
— Była zmęczona — odpowiedział Siergiej.
— Wszyscy pracują. Kobieta powinna pilnować, żeby mąż nie siedział głodny.
Natalia spokojnie jadła sałatkę.
Nie weszła w dyskusję.
Drugiego dnia sytuacja zaczęła wyglądać dokładnie tak, jak przewidywała.
Tamara Iwanowna ugotowała zupę z produktów kupionych przez Natalię na obiady do pracy.
Zniknęła pierś z kurczaka.
Zniknęły warzywa.
Jogurty teściowa oddała Miszce, który wpadł z wizytą.
— Rosnącemu organizmowi bardziej się przydadzą — wyjaśniła.
Natalia otworzyła lodówkę i zobaczyła pustą półkę.
— Tamaro Iwanowno, prosiłam, żeby nie brać jedzenia z mojego pojemnika.
Teściowa spojrzała na nią ze szczerym zdziwieniem.
— Jak to „mojego”? W rodzinie lodówka jest wspólna.
— To były moje obiady na cały tydzień.
— Przygotujesz nowe. Młoda jesteś, ręce masz.
Natalia zwróciła się do Siergieja.
— Słyszałeś?
Mąż nawet nie oderwał wzroku od telefonu.
— Mama nie wiedziała.
— Na pojemniku było napisane.
Tamara Iwanowna natychmiast się wtrąciła.
— Myślałam, że chodzi o kogoś obcego. Przecież my jesteśmy swoi.
Natalia niczego więcej nie powiedziała.
Wieczorem ponownie kupiła jedzenie.
Tym razem włożyła je do nieprzezroczystej torby i umieściła na dolnej półce.
Dwa dni później torba była pusta.
Rodzinny obiad z cudzych produktów
Okazało się, że Tamara Iwanowna zaprosiła na obiad Oksanę, Dimę i Miszkę.
— Postanowiłam was wszystkich pogodzić — oznajmiła. — Przecież przez jakieś jedzenie urządziliście wojnę.
Natalia spojrzała na stół.
Stały na nim kotlety, ser, sałatki i otwarta puszka czerwonego kawioru.
Kawior dostała w prezencie w pracy.
Odłożyła go specjalnie na wizytę ojca, którego nie widziała od kilku miesięcy.
— Dlaczego otworzyliście kawior? — zapytała.
Tamara Iwanowna właśnie smarowała kanapkę.
— A kiedy go jeść? Do grobu przecież jedzenia ze sobą nie zabierzesz.
Natalia spojrzała na Siergieja.
Odwrócił wzrok.
Doskonale wiedział, dla kogo zachowywała ten prezent.
Natalia jednak nie zaczęła awantury.
Wyjęła telefon.
I sfotografowała stół.
Drugi tydzień „kilkudniowego” pobytu
Minął tydzień.
Według Tamary Iwanowny remont u Oksany „już prawie” miał się zakończyć.
Walizki jednak nadal stały w mieszkaniu.
Co więcej, rzeczy teściowej zaczynały zajmować coraz więcej przestrzeni.
W łazience pojawiło się pięć słoiczków kremów.
W przedpokoju dodatkowe kapcie.
Na kuchennym blacie torba z lekami.
Kwiat doniczkowy zajął miejsce przy oknie, gdzie wcześniej stał fotel Natalii.
— Mama zostanie jeszcze trochę — poinformował Siergiej.
— Dlaczego?
— U Oksany fachowcy opóźnili montaż szafy.
— W jaki sposób szafa przeszkadza twojej matce mieszkać w jej własnym pokoju?
— Wszędzie jest kurz.
— Przed przyjazdem tutaj też mieszkała w tym kurzu.
— Natasza, nie zaczynaj.
Dwunastego dnia Natalia wróciła do domu i zastała Tamarę Iwanownę przy otwartej lodówce.
Teściowa jadła widelcem sałatkę prosto z pojemnika.
Był to obiad Natalii przygotowany na następny dzień.
— Widzę, że masz jeszcze kurczaka — powiedziała z pełnymi ustami. — Jutro Oksanka przyjdzie, upiekę z ziemniakami.
— Nie przyjdzie.
Tamara Iwanowna uniosła brwi.
— Dlaczego?
— Bo jej nie zapraszałam.
Teściowa się uśmiechnęła.
— A mnie zapraszałaś?
— Siergiej powiedział, że przyjedzie pani na tydzień. Jest pani tutaj drugi.
— I co? Wyrzucisz starszą kobietę na ulicę?
— Ma pani własne mieszkanie.
— Tam jest remont.
— Remont jest w pokoju Oksany. Pani ma własną sypialnię.
Tamara Iwanowna odstawiła pojemnik na półkę.
Wytarła usta serwetką.
— Nie można być aż tak małostkowym! Drugi tydzień wypominasz rodzonej matce każdy kawałek jedzenia.
Natalia odpowiedziała bardzo spokojnie:
— Nie jest pani moją matką.
Tamara Iwanowna zamarła.
— Co powiedziałaś?
— Jest pani matką Siergieja. Dorosłą osobą z własnym mieszkaniem. Nie mam obowiązku utrzymywać pani, Oksany, jej męża i syna.
— Siergiej! — krzyknęła teściowa. — Chodź tutaj! Posłuchaj, jak twoja żona do mnie mówi!
Mąż wyszedł z pokoju.
— Co się stało?
— Ona mnie wyrzuca!
Natalia poprawiła:
— Poprosiłam twoją mamę, żeby wróciła do swojego domu.
— Nat, przecież ustaliliśmy, że zostanie jeszcze trochę.
— Nie ustaliliśmy. Ty mnie poinformowałeś, jakby decyzja została już podjęta.
— Co za różnica?
— Ogromna. To również moje mieszkanie.
Tamara Iwanowna prychnęła.
— „Moje mieszkanie, moje jedzenie, moje pojemniki”. Tylko „moje” i „moje”. Po co w ogóle wychodziłaś za mąż?
Natalia odwróciła się do Siergieja.
— Dobre pytanie.
