Etap 1. Dyrektor, którego poproszono, żeby położył telefon na stole
— On jest pracownikiem wykonującym procedurę — powiedziałam spokojnie. — A ty na razie nadal jesteś dyrektorem, wobec którego działań pojawiły się pytania.
Dmitrij odchylił się na oparciu fotela i prychnął.
— „Na razie”? Postanowiłaś mnie zwolnić?
— Decyzja zostanie podjęta po głosowaniu wspólników.
Jego uśmiech zniknął.
— Beze mnie?
Prawnik spółki poprawił okulary i odpowiedział rzeczowo:
— Nie jest pan wspólnikiem spółki. Pana status to dyrektor generalny zatrudniony na podstawie umowy o pracę.
Dmitrij powoli przeniósł wzrok na mnie.
To zdanie wyraźnie mu się nie spodobało.
Przez ostatnie lata chętnie przedstawiał się jako współwłaściciel.
Kiedy dostawcy pytali o strukturę biznesu, mówił:
— Z żoną wszystko dzielimy po połowie.
Na poziomie słów rzeczywiście wyglądało to jak połowa na połowę.
W dokumentach sytuacja była zupełnie inna.
Osiemdziesiąt procent udziałów należało do mnie.
Pozostałe dwadzieścia procent posiadał Siergiej Pietrowicz, mój wieloletni partner biznesowy.
Dmitrij miał stanowisko.
Nic więcej.
— To ja stworzyłem ten salon — powtórzył. — Jeśli teraz urządzicie przedstawienie, dostawcy odejdą.
Dyrektor finansowy nawet nie podniósł głosu.
— Dostawcy zostali już poinformowani, że działalność operacyjna jest kontynuowana.
Dmitrij odwrócił się do niego gwałtownie.
— Kto na to pozwolił?
— Wspólnicy spółki.
Telefon Dmitrija zawibrował.
Spojrzał na ekran i natychmiast schował urządzenie do kieszeni.
Zdążyłam jednak zobaczyć nazwę kontaktu:
„Lika marketing”.
Ta nazwa nie była mi już obca.
Na liście płatności wymagających wyjaśnienia regularnie pojawiała się spółka „Lika Media”.
W ciągu ośmiu miesięcy otrzymała z naszego salonu prawie dwa miliony rubli.
Dział marketingu nie potrafił przedstawić ani jednego raportu, który uzasadniałby te kwoty.
— Połóż telefon na stole — powiedziałam.
Dmitrij aż się skrzywił.
— Nie jesteś moją matką.
— I całe szczęście.
Zrobiłam krótką przerwę.
— Ale teraz rozmawiamy o dostępie do informacji firmowych. Służbowy telefon i laptop muszą zostać przekazane ochronie.
— Nie oddam.
Prawnik przesunął w jego stronę przygotowane zawiadomienie.
— W razie odmowy zostanie sporządzony protokół.
— To sporządzajcie sobie, co chcecie!
Dmitrij poderwał się z fotela.
Jego głos zrobił się głośniejszy.
— Zaraz wyjdę na salę, zbiorę menedżerów i wyjaśnię im, że właścicielka postanowiła zniszczyć firmę z powodu rodzinnej histerii.
— Menedżerowie zajmują się sprzedażą — odpowiedziałam. — A twój dostęp do systemu firmowego został już ograniczony.
Dmitrij wyciągnął telefon.
Spróbował otworzyć aplikację bankową.
Zamarł.
Logowanie było zablokowane.
— Swieta…
— Co?
— Zablokowałaś mi konta?
— Firmowe. Twoje prywatne mnie nie interesują.
— Tam są płatności!
— Potwierdzone zobowiązania zostaną opłacone. Resztę sprawdzimy.
Dmitrij rozejrzał się po obecnych.
Jakby liczył, że znajdzie przynajmniej jedną osobę, która poprze go tylko dlatego, że przez lata przywykła do jego tonu.
Nikt nie zareagował.
Dyrektor finansowy przeglądał dokumenty.
Audytor robił notatki.
Prawnik czekał na podpis pod protokołem.
Po raz pierwszy głośny głos Dmitrija nie robił na nikim wrażenia.
O 10:15 stracił możliwość kierowania firmą
O dziesiątej piętnaście drugi wspólnik połączył się z nami przez wideokonferencję.
Przeprowadziliśmy głosowanie.
Zapadła decyzja o czasowym odsunięciu Dmitrija od stanowiska na okres wewnętrznego postępowania wyjaśniającego.
— Wy nie rozumiecie, co robicie! — krzyknął.
Popatrzyłam na niego.
— Rozumiem bardzo dobrze.
Dmitrij zacisnął szczękę.
— Wczoraj pokazałeś ludziom, za kogo uważasz mnie.
Zrobiłam krótką pauzę.
— Dzisiaj dokumenty pokażą, kim ty jesteś w tej firmie.
Chwycił służbowy telefon i rzucił go na stół.
Prywatny aparat nadal wibrował w jego kieszeni.
Lika dzwoniła ponownie.
Etap 2. „Apartamenty dla partnerów” okazały się mieszkaniem kochanki
Pierwsze wyniki audytu pojawiły się jeszcze tego samego wieczoru.
Jedna z pozycji natychmiast zwróciła uwagę.
Firma płaciła miesięcznie dwieście czterdzieści tysięcy rubli za wynajem apartamentów w centrum miasta.
W dokumentach podano, że lokal służy do zakwaterowania partnerów przyjeżdżających spoza miasta.
Brzmiało rozsądnie.
Tyle że rejestr odwiedzin pokazywał zupełnie inną historię.
Partnerzy pojawiali się tam sporadycznie.
Za to regularnie przychodziła trzydziestoletnia Anżelika Orłowa.
Założycielka spółki „Lika Media”.
Ochrona sprawdziła publicznie dostępne zdjęcia z jej mediów społecznościowych.
Anżelika pozowała w kuchni, którą łatwo można było rozpoznać jako tę z wynajmowanych apartamentów.
Fotografowała się na balkonie.
Dziękowała „ukochanemu mężczyźnie” za nowy samochód.
Samochód również należał do salonu.
Siergiej Pietrowicz połączył się z nami zdalnie.
— Czyli utrzymywał ją na koszt firmy?
Audytor odpowiedział ostrożnie:
— Na to wygląda. Do tego dochodzą płatności za usługi marketingowe, których wykonania na razie nie udało się potwierdzić.
Patrzyłam na zdjęcie Anżeliki.
Młoda.
Szczupła.
Długie ciemne włosy.
Dokładnie taki typ kobiety, który Dmitrij zapewne uważał za odpowiedni do pokazania partnerom.
Poprzedniego dnia na bankiecie nazwał mnie starą i grubą.
A teraz wychodziło na jaw, że młodość kochanki była finansowana przez spółkę, w której osiemdziesiąt procent należało właśnie do tej „starej kobyły”.
— Wysyłamy wezwanie do „Lika Media” — powiedziałam. — Mają przedstawić protokoły odbioru, raporty i dowody wykonania usług.
Audytor pokręcił głową.
— Mogą przygotować dokumenty z datą wsteczną.
— Dlatego równolegle zabezpieczamy dane z serwera, korespondencję i informacje o zatwierdzaniu płatności.
Pojawił się przelew znacznie poważniejszy niż marketing
Dyrektor finansowy położył przede mną kolejny wyciąg.
— Jest coś poważniejszego.
Miesiąc przed jubileuszem Dmitrij przelał cztery miliony siedemset tysięcy rubli firmie „AutoProfSerwis”.
Płatność została opisana jako zaliczka na przebudowę strefy serwisowej.
Spółkę zarejestrowano zaledwie pół roku wcześniej.
Jej dyrektorem był kuzyn Anżeliki.
Żadne prace się nie rozpoczęły.
Nie dostarczono sprzętu.
Nie było efektu odpowiadającego kwocie przelewu.
Co więcej, następnego dnia po przekazaniu pieniędzy część środków została przeznaczona na zakup działki poza miastem.
— Na kogo ją zapisano? — zapytałam.
Dyrektor finansowy spojrzał na dokument.
— Na Albinę Eduardownę.
Przez kilka sekund nie powiedziałam nic.
Matka Dmitrija.
Jeszcze poprzedniego wieczoru siedziała przy stole i uśmiechała się, kiedy jej syn publicznie mnie poniżał.
Teraz pojawiała się również w dokumentach związanych ze spornymi pieniędzmi.
Zadzwonił mój telefon.
Na ekranie:
Albina Eduardowna.
Włączyłam tryb głośnomówiący.
— Swietoczka, co ty wyprawiasz? — zaczęła słodkim głosem. — Dima przyjechał do mnie w strasznym stanie.
— Wczoraj wyglądał zdrowo.
— Mężczyzna wypił. Powiedział za dużo. Czy przez kilka słów niszczy się dzieło całego życia?
— Kontrola nie zaczęła się przez słowa. Zaczęła się przez płatności.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Jakie płatności?
— Na przykład cztery miliony siedemset tysięcy przekazane firmie krewnego Anżeliki.
— Nie znam żadnej Anżeliki.
— W takim razie skąd ma pani działkę kupioną dzień po tym przelewie?
Usłyszałam gwałtowny wdech.
— To prezent od syna.
— Za czyje pieniądze?
Albina Eduardowna się rozłączyła.
Etap 3. W nocy Dmitrij próbował dostać się do dokumentów
Około jedenastej wieczorem zadzwonił szef ochrony.
— Swietłano Wiktorowno, Dmitrij Aleksiejewicz przyjechał pod wejście służbowe. Żąda wpuszczenia do gabinetu.
— Nie wpuszczać.
— Twierdzi, że zostawił dokumenty osobiste.
— Niech sporządzi listę. Wszystko wydamy protokolarnie.
Chwilę później w słuchawce usłyszałam głos Dmitrija.
— Daj mi telefon!
Ochroniarz najwyraźniej włączył głośnik.
— Swieta, zupełnie ci odbiło? Mam tam paszport!
— Paszport leży u ciebie w domu, w sejfie.
Zamilkł.
— Skąd wiesz?
— Widziałam go rano, kiedy zabierałam dokumenty spółki.
Po chwili zmienił wersję.
— W takim razie mam tam prywatne papiery.
— Jakie?
— Nie twój interes.
— W takim razie odbierzesz je jutro przy prawniku.
Dmitrij zaczął grozić ochroniarzom zwolnieniem.
Nikt nie otworzył.
Nie chodziło o paszport
Później wyszło na jaw, po co naprawdę próbował wejść do gabinetu.
Znajdowała się tam teczka z dodatkowymi aneksami do umowy z „AutoProfSerwis”.
Część dokumentów nigdy nie została zarejestrowana w firmowym obiegu.
Widniały na nich podpisy z wcześniejszymi datami.
Zakres rzekomo wykonanych robót odpowiadał wartości przelanej zaliczki.
Dmitrij chciał zabrać te dokumenty.
Nie zdążył.
Rano teczkę zabezpieczyli audytorzy.
Wtedy spróbował innej drogi.
Zaczął dzwonić do starszych menedżerów.
Namawiał ich, żeby przeszli do nowej firmy, którą planował otworzyć wspólnie z Anżeliką.
Powtarzał:
— „Siewier Auto” beze mnie się rozpadnie. Swietłana nie ma pojęcia o sprzedaży. Za miesiąc nie będzie salonu.
Jeden z menedżerów nagrał rozmowę i przekazał ją ochronie.
Drugi poinformował, że Dmitrij prosił o skopiowanie bazy klientów.
Po tym prawnik powiedział wprost, że wewnętrzny audyt może nie wystarczyć.
— Mamy próbę wyprowadzenia aktywów, sporne płatności, usługi bez potwierdzenia oraz działania zmierzające do uruchomienia konkurencyjnego biznesu przy wykorzystaniu informacji firmy. Trzeba zawiadomić odpowiednie organy i wystąpić o zabezpieczenie majątku.
— Zablokować wszystkie konta? — zapytałam.
— Nie całą działalność operacyjną. Można wnosić o ograniczenie rozporządzania spornymi aktywami, działką, samochodami oraz środkami u odbiorców płatności. Inaczej majątek może zostać odsprzedany.
Podpisałam zawiadomienie.
Po raz pierwszy tego dnia zadrżała mi ręka.
Nie dlatego, że zrobiło mi się żal Dmitrija.
Rozumiałam po prostu, że od tej chwili rodzinny konflikt przestaje być wyłącznie sprawą między mężem i żoną.
Pojawią się protokoły.
Ekspertyzy.
Przesłuchania.
Formalne postępowanie.
Ale nie było już miejsca na cofnięcie się.
Dmitrij próbował dostać się do dokumentów.
Próbował przejąć klientów.
Próbował wyciągnąć pracowników.
On dokonał wyboru wcześniej.
