na kółkach – tą samą, z którą pojechała na początku sierpnia. Stała wyprostowana, w letniej bluzce i spódnicy, z twarzą umalowaną tak, jakby jechała do kościoła. Czekała.
– Mamo, co…
– Jedźmy, Lucynko.
– Ale ja przyjechałam przywieźć leki.
– Przywieźć to przywieziesz. Ale ja jadę z tobą.
Zobaczyłam, że torba jest spakowana starannie – nie na szybko. Zamek zaciągnięty, pleciony pasek obwinięty wokół rączki, żeby się nie plątał. Mama spakowała się wcześniej. Może wczoraj wieczorem. Może jeszcze przed telefonem do mnie.
Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, z domu wyszedł Wojtek. Był w koszulce bez rękawów, z kubkiem kawy w ręce. Nie wyglądał na złego. Wyglądał na zmęczonego
