Umówiliśmy się w środę w kawiarni przy Krakowskiej. Wybrałam miejsce publiczne. Nie dlatego, że się bałam, lecz dlatego, że nie chciałam zapraszać go do domu.
Mógłby zobaczyć nowe zasłony, nowy dywan i półkę na książki, którą sama skręciłam według instrukcji z YouTube’a.
Te rzeczy należały do mnie. Nie chciałam, żeby na nie patrzył.
Grzegorz wyglądał staro. Nie źle – po prostu nie był już mężczyzną, którego pamiętałam.
Miał cięższą twarz, siwe włosy i szorstkie od pracy ręce. Zamówił czarną kawę, po czym długo nie wiedział, gdzie podziać wzrok.
– Dobrze wyglądasz – powiedział w końcu.
– Wiem – odpowiedziałam.
Chyba po raz pierwszy w życiu naprawdę w to wierzyłam.
Rozmawialiśmy przez godzinę. Grzegorz opowiadał o Lublinie i o Monice, którą zostawił po dwóch latach. Mówił o kolejnych adresach, wynajmowanych pokojach i pracy, która go wykańczała.
Słuchałam go i szukałam w sobie tego, co kiedyś do niego czułam. Miłości, złości, żalu – czegokolwiek.
Znalazłam tylko spokój.
Był to zmęczony, cichy spokój człowieka, który przebiegł już zbyt wiele kilometrów, by teraz zawracać.
Grzegorz skończył mówić i spojrzał na mnie z nadzieją.
– Lucynko, może moglibyśmy zacząć od nowa?
Przez chwilę patrzyłam na człowieka, z którym przeżyłam dwadzieścia lat. Na męża, który wyszedł z domu z torbą sportową i zostawił mnie z kredytem. Na obcego mężczyznę, który po trzynastu latach wrócił, bo jego nowe życie się nie udało.
– Grzegorz, ja cię nie nienawidzę – powiedziałam. – Naprawdę.
Poruszył się na krześle, jakby te słowa przyniosły mu ulgę.
– Ale tamtej kobiety, która na ciebie czekała, już nie ma – dodałam. – Spłaciłam ją razem z ostatnią ratą.
Patrzył na mnie tak, jakby nie rozumiał.
– Wymieniłam zamki – powiedziałam. – I nie chodzi o drzwi.
Wyszłam pierwsza.
Na chodniku było ciepło. Majowe słońce grzało mnie w plecy, a bzy pod blokiem przy Krakowskiej kwitły tak mocno, że ich zapach czuć było po drugiej stronie ulicy.
Szłam do domu. Do mojego domu, z moim spłaconym kredytem i moimi nowymi zamkami.
Nie płakałam.
Po raz pierwszy od trzynastu lat nie płakałam i nie musiałam udawać, że tego nie robię.
Wieczorem napisałam do Ani: „Spotkałam się z tatą. Jest okej. Ja też jestem okej”.
Odpisała jednym słowem: „Wiem”.
Na stoliku w przedpokoju leżały dwa nowe klucze. Przypięłam do nich breloczek kupiony w Pepco – srebrną podkówkę, bo właściwie czemu nie.
Pogładziłam klucze palcem, zgasiłam światło i poszłam spać.
Spałam dobrze. Pierwszy raz od dawna – bez żadnych snów.
