Następnego ranka przyjechaliśmy wcześnie. Na dziedzińcu panował już ruch: Julien i dwaj sąsiedzi rozbijali prowizoryczny namiot z metalowych rur. Ciągnęli za liny, rozkładali składane stoły i rozkładali białe obrusy.
„Musi być nas ze dwadzieścia osób” – powiedział Julien, zawiązując węzeł.
Dwudziestu. Poczułem falę niepokoju. „Dwudziestu?”
„Rodzina, znajomi z sąsiedztwa, starzy znajomi dziadka… no wiesz.”
Poszedłem do kuchni. Pani Dubois sprawdzała naczynia, gawędząc z sąsiadką. Przywołała mnie ostrym gestem. Sięgnęła do kieszeni fartucha i wsunęła mi do ręki kilka zmiętych banknotów.
„Idź na targ i kup wszystko na obiad.”
Spojrzałem na pieniądze. Przeliczyłem je. Dziesięć euro. Instynktownie poczułem, że czegoś brakuje.
„Tylko… tego?” „
Jego spojrzenie stało się lodowate. „Wydaje ci się, że to niewiele?”
Przełknęłam ślinę. „Mamo… jest nas dwadzieścia osób”.
Zaśmiał się cicho, bez cienia humoru. „Za moich czasów pięć euro wystarczało na ucztę”. Potem podszedł na tyle blisko, że poczułam ciężar jego słów: „Dobra synowa wie, jak zarządzać budżetem”.
Wyjrzałam na zewnątrz: Julien wciąż rozmawiał z sąsiadami. Z oddali zawołał: „Zrób, co możesz, Claire. Nie denerwuj mojej mamy”.
Na targu słychać było głosy, zapachy, szelest toreb. Ponownie otworzyłem portfel: dziesięć euro. Ledwo starczyło na najpotrzebniejsze rzeczy. Miałem wystarczająco dużo pieniędzy na koncie: mógłbym dokończyć zakupy, uratować sytuację, ocalić reputację teściowej. Nikt by się nie dowiedział, że zapłaciłem z własnej kieszeni.
A jednak pośród tych wszystkich straganów zaczęło kiełkować pytanie: dlaczego to zawsze ja muszę wszystko „naprawiać”? Dlaczego ona mogła zaprosić dwadzieścia osób, a ja musiałem dokonywać cudów za dziesięć euro?
Zatrzymałem się, spojrzałem na banknoty i podjąłem inną decyzję. Kupiłem dokładnie tyle, ile kosztowało dziesięć euro. Ani grosza więcej.
