Nieoczekiwany świadek zabrał głos
Raisa Pietrowna gwałtownie poderwała się z krzesła. Jej policzki pokryły się czerwonymi plamami.
— Nie zapominaj się! — krzyknęła. — To ja przyjęłam cię do swojej rodziny! Sadzaliśmy cię przy naszym stole jak człowieka!
— A jednak nigdy nie traktowała mnie pani jak członka rodziny — odpowiedziała spokojnie Swietłana. — Przez cały czas byłam dla pani kimś, kogo można krytykować, ustawiać i wykorzystać. A przecież jestem żoną pani syna i matką pani wnuka. Jeśli dla pani to nic nie znaczy, nie trzeba było nazywać mnie rodziną.
Wtedy wstała starsza kobieta siedząca w dalszym kącie sali. Była ubrana skromnie, w szary dzianinowy sweter. Swietłana dopiero po chwili rozpoznała w niej osobę, którą widywała w przedszkolu Aloszy.
Kobieta podeszła do stołu i spokojnie powiedziała:
— Przepraszam, że się wtrącam. Nazywam się Maria Trofimowna. Pracuję w przedszkolu, do którego chodzi Alosza.
Swietłana popatrzyła na nią ze zdziwieniem. Widywała tę kobietę wcześniej, ale nigdy z nią dłużej nie rozmawiała.
— Znalazłam się tutaj jako znajoma rodziny — kontynuowała Maria Trofimowna. — Ale słyszałam więcej, niż powinnam. Trzy dni temu w sali muzycznej odbywała się próba. Raisa Pietrowna czekała tam na kierowniczkę razem z pewnym mężczyzną. Siedzieli za zasłoną i rozmawiali o tym, jak zmuszą Swietłanę Andriejewnę do podpisania dokumentów dotyczących mieszkania.
Na sali ponownie zrobiło się cicho.
— Ten mężczyzna powiedział: „Niech przez jakiś czas pomieszka u matki, przecież ma daczę”. Powiedział też: „Dziecku znajdziemy inne przedszkole zgodnie z miejscem zamieszkania”.
Maria Trofimowna spojrzała na Raisę Pietrownę.
— Można więc powiedzieć, że byłam świadkiem tej rozmowy. Przez trzy lata pomagałam Aloszy rysować śnieżynki i lepić jeżyki z plasteliny. Nie mogłam teraz milczeć.
Swietłana poczuła łzy napływające do oczu. Nie z gniewu, lecz z ulgi. Zupełnie obca osoba okazała się w tej chwili bliższa niż rodzina jej własnego męża.
— Dziękuję — wyszeptała.
Raisa Pietrowna już otwierała usta, by odpowiedzieć, gdy od stołu podniósł się kolejny gość. Był to starszy mężczyzna wspierający się na lasce, którego Swietłana kojarzyła jako dalszego krewnego.
— Pozwolą państwo, że coś dodam — powiedział. — Czy to nie pani, Raiso Pietrowno, dwa lata temu wzięła kredyt pod zastaw daczy? I, zdaje się, go nie spłaciła? Zajmuję się zawodowo sprawami związanymi z bankami. Mówiąc prościej, jestem prawnikiem.
Teściowa pobladła.
— To nie pańska sprawa!
— A mnie wydaje się, że w tej sytuacji ma to znaczenie — odpowiedział spokojnie mężczyzna. — Wynika z tego, że mieszkanie synowej było pani potrzebne, żeby pokryć długi. I oto cały motyw tej „rodzinnej sprawiedliwości”.
Wśród gości wybuchło poruszenie. Ludzie zaczęli szeptać i kręcić głowami. Dima siedział ze spuszczoną głową. Jego siostra cicho płakała, jakby również dopiero teraz poznała całą prawdę.
Swietłana wzięła głęboki oddech. Czuła, że odzyskuje grunt pod nogami.
— Dima — odezwała się cicho. — Wiedziałeś o daczy?
Mężczyzna nie odpowiedział. Zacisnął jedynie dłoń na widelcu tak mocno, że pobielały mu palce.
— Rozumiem — powiedziała gorzko Swietłana. — Zawsze przede wszystkim syn swojej matki. Chciałeś, żebym była wygodną żoną, która podpisze każdy podsunięty papier i usunie się na bok.
— Chciałem dobrze — wymamrotał Dima. — Matka powiedziała, że przepiszemy mieszkanie tylko tymczasowo, żeby nie stracić daczy. Potem wszystko mieliśmy oddać.
— Co mieliście oddać? — Swietłana spojrzała na niego z niedowierzaniem. — Już zdecydowałeś, że będę mieszkała u matki. Już rozmawialiście o zmianie przedszkola Aloszy. Nie chciałeś dla mnie dobrze, Dima. Chciałeś tylko, żeby twoja matka była zadowolona.
Nadieżda Iwanowna podeszła do córki i ujęła ją za rękę. Była blada, lecz w jej spojrzeniu pojawiła się spokojna pewność.
— Chodźmy stąd — powiedziała cicho. — Wystarczy. I tak zniosłaś już zbyt wiele.
Swietłana skinęła głową. Potem spojrzała na zgromadzonych gości.
— Przepraszam, że doszło do takiej sceny. Ale powinniście znać prawdę. Jubilatka nie próbowała chronić rodziny. Próbowała przejąć cudzą własność pod hasłem rodzinnego obowiązku.
Odwróciła się i ruszyła do wyjścia.
Za jej plecami Raisa Pietrowna coś krzyknęła, zadźwięczały kieliszki, ktoś zaczął mówić podniesionym głosem. Swietłana jednak ani razu się nie obejrzała.
